18.09.2023, 19:41 ✶
Porównanie do ptaka mogło być całkiem trafne. Szczególnie takiego, który całe życie spędził w klatce. Nawet jeśli jego rodzina nie chciała źle i sam Bulstrode nie postrzegał ich opiekuńczych rąk jako coś złego, kiedy tylko odkrył czym może być samodzielność, zachłysnął się tym uczuciem kompletnie i bezgranicznie. Było w tym coś absurdalnie wręcz niezdrowego, co definitywnie pociągnęło go w chętne sięganie po używki różnej maści i hazard. Czasem zwyczajnie nie był w stanie się powstrzymać, a brak tych rzeczy, tej jego furtki do świata wolności, gdzie nie musiał się niczym przejmować, a gdzie tylko dryfował na jakiejś miękkiej chmurze utkanej ze zniekształconej rzeczywistości, wydawał się czymś niewyobrażalnym. Czymś, co zwyczajnie złamałoby mu serce.
Pewnie gdyby był świadomy tego, że Laurent mu zazdrości, to byłby z siebie naprawdę dumny, nawet jeśli w głębi siebie miał wrażenie, że wcale o siebie nie walczył. Że wybierał tylko najłatwiejszą ścieżkę, odcinając się niemal całkowicie od pewnych aspektów rzeczywistości. Może właśnie dlatego, kiedy miał tak okropny problem jak bycie zimnym, niezbyt wiedział co powinien zrobić.
Tu na nic mogły mu się przydać pięści, a to przecież nimi rozwiązywał najwięcej swoich problemów. Zaklęcia też raczej nie miały racji bytu, a jeśli już to te niezwykle specjalistyczne, których on nie posiadał w swoim arsenale. Był absolutnie bezradny i ta bezradność jednocześnie wpędzała go w rozpacz, a z drugiej strony podburzała w ten nieprzyjemny, agresywny sposób.
To był chyba jego największy strach. Właśnie ten moment, kiedy czuł się kompletnie zagubiony, bez sił na osiągnięcie celu. Bez jakiegokolwiek pomysłu jak go osiągnąć. Nie chciał też, żeby ktokolwiek go takim widział, a mimo to odpływał na oczach Laurenta, coraz głębiej i głębiej wewnątrz samego siebie. Na całe jednak szczęście, to była jego pierwsza szklanka whisky tego dnia. Ba, jakiegokolwiek alkoholu, bo wcześniej, siedząc na kanapie, z uporem maniaka starał się myśleć o zupełnie innych rzeczach. Teraz jednak nie miał wyboru. Powoli zaczęła wzbierać w nim złość. Nie, nie na kuzyna, a na własną niemoc. Gdyby tylko mógł, gdyby tylko ktoś powiedział mu że tam prowadzi droga, że tam znajdzie odpowiedzi, gotowy byłby własnymi rękoma i z całą wściekłością wykopać przejście z powrotem do Limbo
Widocznie się wzdrygnął, kiedy Prewett nagle poderwał się z miejsca, ewidentnie nie spodziewając się po nim takiej reakcji. Oboje usłyszeli nagły trzask pękającego szkła, kiedy palce jego dłoni, do tej pory powoli zaciskające się na szklance, w końcu wygrały. Skorupy upadły na stół, a whisky popłynęła po blacie, mieszając się z krwią.
- Cholera - syknął, na moment zastygając i z pewną niespodziewaną delikatnością odpychając od siebie Laurenta, o ile ten sam nie zareagował instynktownie na pękające naczynie. - Przepraszam cię, musiała być nadtłuczona - zmarszczył brwi, samemu nie zdając sobie chyba sprawy z tego, co właściwie się stało. Podniósł się gwałtownie, sięgając do ścierki wiszącej na uchwycie jednej z szafek i rzucając ją na stół, żeby prowizorycznie opanować bałagan. Sam czym prędzej pochylił się nad zlewem, wysypując do niego szkło, które zostało w dłoni, a potem odkręcił wodę, by obmyć ranę.
- To nie twoja wina - powiedział wreszcie, patrząc jak woda zmywa krew, jak rozmywa się po okręgu w zlewie, aż w końcu znika w odpływie. W pewien sposób ten ból przynosił mu ukojenie. Miał swoje źródło, które mógł łatwo określić, w przeciwieństwie do tego, co działo się w jego głowie.
- Początkowo myślałem, że to nic takiego. Bycie zimnym, ale kiedy oprócz pełnych zainteresowania spojrzeń zaczęły pojawiać się te inne... przede wszystkim zdziwione, kiedy komuś udało się mnie dotknąć. Czasem może obrzydzone, bo przecież jak można nie porównywać kogoś tak chłodnego do trupa. Jeszcze te drobne uwagi, przed którymi niektórzy nie są w stanie się powstrzymać. Wiesz jak to odstrasza panny? - przez jego głos przebił się wymuszony żart, kiedy spojrzał na Laurenta. Zaraz jednak prychnął. - Nie zrozum mnie źle, jestem zachwycony popularnością. Z nią mi absolutnie do twarzy, ale powód? Sama wizyta w limbo i jej konsekwencje? Niech sczeznę, zrobiłbym to jeszcze raz i żałowałbym tego od nowa. Ale zdecydowanie wolałbym nie być zimny.
Pewnie gdyby był świadomy tego, że Laurent mu zazdrości, to byłby z siebie naprawdę dumny, nawet jeśli w głębi siebie miał wrażenie, że wcale o siebie nie walczył. Że wybierał tylko najłatwiejszą ścieżkę, odcinając się niemal całkowicie od pewnych aspektów rzeczywistości. Może właśnie dlatego, kiedy miał tak okropny problem jak bycie zimnym, niezbyt wiedział co powinien zrobić.
Tu na nic mogły mu się przydać pięści, a to przecież nimi rozwiązywał najwięcej swoich problemów. Zaklęcia też raczej nie miały racji bytu, a jeśli już to te niezwykle specjalistyczne, których on nie posiadał w swoim arsenale. Był absolutnie bezradny i ta bezradność jednocześnie wpędzała go w rozpacz, a z drugiej strony podburzała w ten nieprzyjemny, agresywny sposób.
To był chyba jego największy strach. Właśnie ten moment, kiedy czuł się kompletnie zagubiony, bez sił na osiągnięcie celu. Bez jakiegokolwiek pomysłu jak go osiągnąć. Nie chciał też, żeby ktokolwiek go takim widział, a mimo to odpływał na oczach Laurenta, coraz głębiej i głębiej wewnątrz samego siebie. Na całe jednak szczęście, to była jego pierwsza szklanka whisky tego dnia. Ba, jakiegokolwiek alkoholu, bo wcześniej, siedząc na kanapie, z uporem maniaka starał się myśleć o zupełnie innych rzeczach. Teraz jednak nie miał wyboru. Powoli zaczęła wzbierać w nim złość. Nie, nie na kuzyna, a na własną niemoc. Gdyby tylko mógł, gdyby tylko ktoś powiedział mu że tam prowadzi droga, że tam znajdzie odpowiedzi, gotowy byłby własnymi rękoma i z całą wściekłością wykopać przejście z powrotem do Limbo
Widocznie się wzdrygnął, kiedy Prewett nagle poderwał się z miejsca, ewidentnie nie spodziewając się po nim takiej reakcji. Oboje usłyszeli nagły trzask pękającego szkła, kiedy palce jego dłoni, do tej pory powoli zaciskające się na szklance, w końcu wygrały. Skorupy upadły na stół, a whisky popłynęła po blacie, mieszając się z krwią.
- Cholera - syknął, na moment zastygając i z pewną niespodziewaną delikatnością odpychając od siebie Laurenta, o ile ten sam nie zareagował instynktownie na pękające naczynie. - Przepraszam cię, musiała być nadtłuczona - zmarszczył brwi, samemu nie zdając sobie chyba sprawy z tego, co właściwie się stało. Podniósł się gwałtownie, sięgając do ścierki wiszącej na uchwycie jednej z szafek i rzucając ją na stół, żeby prowizorycznie opanować bałagan. Sam czym prędzej pochylił się nad zlewem, wysypując do niego szkło, które zostało w dłoni, a potem odkręcił wodę, by obmyć ranę.
- To nie twoja wina - powiedział wreszcie, patrząc jak woda zmywa krew, jak rozmywa się po okręgu w zlewie, aż w końcu znika w odpływie. W pewien sposób ten ból przynosił mu ukojenie. Miał swoje źródło, które mógł łatwo określić, w przeciwieństwie do tego, co działo się w jego głowie.
- Początkowo myślałem, że to nic takiego. Bycie zimnym, ale kiedy oprócz pełnych zainteresowania spojrzeń zaczęły pojawiać się te inne... przede wszystkim zdziwione, kiedy komuś udało się mnie dotknąć. Czasem może obrzydzone, bo przecież jak można nie porównywać kogoś tak chłodnego do trupa. Jeszcze te drobne uwagi, przed którymi niektórzy nie są w stanie się powstrzymać. Wiesz jak to odstrasza panny? - przez jego głos przebił się wymuszony żart, kiedy spojrzał na Laurenta. Zaraz jednak prychnął. - Nie zrozum mnie źle, jestem zachwycony popularnością. Z nią mi absolutnie do twarzy, ale powód? Sama wizyta w limbo i jej konsekwencje? Niech sczeznę, zrobiłbym to jeszcze raz i żałowałbym tego od nowa. Ale zdecydowanie wolałbym nie być zimny.