Może nikt jej tego nie mówił oprócz Laurenta. A może tak nawykła do tego, że mówili jej negatywy i nimi karmili, że już nawet nie zapamiętywała, że coś dobrego jej powiedziano. Dobro łatwo rozpływało się pod dotykiem nieczułych palców. Przygnieciona jasność i miękkość zastępowana była szorstkością i ciemnością. Łatwo opadały wtedy ramiona. Łatwo czuło się ograniczonym, zmęczenie dopadało, wbijało się pazurami w ciało i trzymało. Ciężko było się wyrwać. Laurent nie wierzył jednak w to, że mrok mógł tak łatwo sobie z nimi poradzić. Wierzył, ciągle i uparcie, że nadzieja była cnotliwą panna, ale czasem wychodziła z niej rasowa ladacznica. Wdzięczyła się i mrugała, ale koniec końców musiałeś złapać ją w pasie i przyciągnąć do siebie, żeby posmakować jej ust. I nie było w tym niczego niewinnego. Każdy potrzebował w coś wierzyć. Nie każdy miał na tyle sił, żeby Nadzieję przyciągnąć samemu do siebie, więc trzeba było mu lekko pomóc. Tak jak Victoria potrzebowała pomocy, żeby uwierzyć w samą siebie. Znaleźć pewność, że jest kobietą godną uwagi, piękną i mądrą. Niestety wystarczyło jedno przekreślone małżeństwo, żeby starania poszły pod butem złej siostry - Beznadziei. Zdeptane i zbrudzone zostawiły smutny smak na krańcu języka Victorii. Ten smak potrafił niszczyć najlepszy smak tego, co miała dalej kosztować. Nawet gdy już przestanie odczuwać ten smutek z tym związany, kiedy zacznie myśleć, że dobrze się stało, to w niej gdzieś pozostanie. Ponieważ przeżywała rzeczywistość głębiej niż chciała sama to przyznać czy pokazać.
Kiedy usiedli i jeszcze towarzystwo się zbierało, dosiadało i rozsiadało, zagadywał ją jeszcze trochę, przedstawiając niektóre osoby. I tłumacząc, że w zasadzie on sam panny młodej nie zna za bardzo, nie jest bliską krewną z jego rodziną, ale ponieważ jego ojciec jest głową rodu to wypadało im zaprosić. Ojciec nie miał czasu, jego siostra, jako dziedzic, nie przepadała za imprezami - tak padło na niego, jak wytłumaczył. A że on znowu z przyjemnością uczęszczał na takie wydarzenia to nawet nie było mu przykro. Tym bardziej, kiedy Victoria zgodziła się mu towarzyszyć. Tak, było parę znajomych osobistości - siłą rzeczy. Ten świat był zadziwiająco mały, kiedy zaczynałeś się orientować kto się z kim zadaje, z kim przyjaźni, kogo lubi. Nici powiązań były o wiele bardziej poplątane niż wydawało się na pierwszy rzut oka. Gdy jednak orkiestra zaczęła grać, zwiastując początek uroczystości, to zamilkł, tak jak zaczęli milknąć pozostali goście. Miło się na to patrzyło. Laurent zawsze spoglądał na młodą parę ciekaw, czy są szczęśliwi. Czy to małżeństwo ich uszczęśliwiło. Nie widział w ich oczach wielkiej radości, namiętności, czystego szczęścia, które jaśniałoby tak, jak to opisywali w książkach, ale nie wyglądali na smutnych. Ich uśmiechy nie wydawały się sztuczne. Więc... nawet jeśli się nie kochali to chociaż akceptowali? Lubili? Może miłość między nimi przyjdzie z czasem? Krótka ceremonia zwieńczona fotografiami - kiedy tylko formalności się skończyły znowu nastała wrzawa, ludzie zaczęli gratulować państwu młodemu, kiedy ci do nich zeszli, komentować między sobą wzajem, że piękna suknia, że jak romantycznie i tym podobne.
Laurent cofnął się w końcu troszeczkę, puszczając Victorię na przód, żeby ustawiła się razem z innymi pannami, które chciały łapać kwiaty. I oczywiście, że chciały złapać ten wianek, przecież to było dobre życzenie na przyszłe małżeństwo, miało wyłonić nową szczęśliwą! Laurent nie był zniewalająco wysoki, żeby widzieć cokolwiek przez te wyciągnięte w górę ręce, stojąc tutaj za tymi wszystkimi paniami, Victoria też nie chciała pchać się na sam przód, bo i nie śpieszyło się jej do zamążpójścia - rozumiał całkowicie. Tak jak nie chciała rozmawiać teraz na temat zaręczyn, ślubu... jeszcze nie. Było za wcześnie.
Los jednak bywał przewrotny i wianuszek poleciał prosto do dłoni... Victorii. Tylko że ta była sprytniejsza - odsunęła się.
Zamyślony Laurent już taki sprytny nie był i automatycznie wianuszek chwycił.
Rozżalony głos kilku panien, a potem śmiech następnych i zdziwienie panny młodej, która zakryła sobie dłonią usta, a potem też się zaśmiała. Na policzkach Laurenta pojawiły się rumieńce, kiedy spojrzał na swoje ręce, na wianuszek i zrobiło mu się najzwyczajniej w świecie głupio w tej sytuacji. Mimo to uśmiechnął się szeroko, częściowo jednak rozbawiony, spoglądając z przeprosinami na osoby wokół.
- Może ja po prostu oddam pannie młodej i rzuci jeszcze raz..? - Zagaił głośno, żeby panna młoda go usłyszała.
- Nie, nie, zachowaj! - Machnęła dłonią i rozbawiona dała się poprowadzić swojemu mężowi do stolika. Panny, bez obietnicy szybkich zaślubin, zaczęły się rozchodzić.
I Laurent został tak z tym bukiecikiem i czerwonymi policzkami, bardzo zakłopotany caaałą sytuacją.