— Naprawdę myślisz, że bym cię tu zostawił samą? — Roześmiał się. — Może i jesteśmy na drugim końcu kontynentu, ale wciąż podlegasz mojej ochronie.
Mówił z wielką pewnością siebie, jednak obydwoje wiedzieli, że w walce Kim poradziłaby sobie znacznie lepiej. Gio chętnie pouczyłby się od niej, lecz wystarczało, że co kilka dni powtarzali deportację. Wychodziło mu już całkiem nieźle i potrafił przemieszczać się na coraz większe odległości. Ciągle jednak paraliżował go lęk, dlatego Kim musiała wykazywać się dużą cierpliwością do tak spanikowanego ucznia.
Usiadła obok.
Splótł swoje dłonie, by utkwiwszy w miejscu nie wykonywały żadnych ruchów zdradzających zdenerwowanie. Musiał być spokojny i opanowany.
— Widok jest uroczy, ale myślę, że do rana niewiele się zmieni. Możesz więc spokojnie udać się na spoczynek — uśmiechnął się. — Oh, dobrze wiem, że jesteś... — roześmiał się. Kim była mistrzem przetrwania. Zazwyczaj to on wracał z podróży z nowymi siniakami i otarciami, kobiecie zdarzało się to niezwykle rzadko.
Wciąż na nią nie patrzył. Zerkał gdzieś w dal, lub na czubki swoich płóciennych butów. Starał się nie myśleć o Kim. Cóż, przynajmniej nie o jej obecnym odzienku. Ciekawe, ile miała na sobie warstw ubioru... Nie! Właśnie o tym miał nie myśleć!