Laurent czuł wręcz uderzenia gorąca do głowy, do swojej klatki piersiowej, z tego poczucia wstydu, który go złapał, jakiegoś zażenowania i... sam nie wiedział, czego jeszcze. To był taki głupi, beznadziejny odruch - to złapanie tego bukietu. A jakoś reakcje ludzi wcale nie były tutaj pomocne i wyjątkowo mocno przesunęła się ziemia pod jego nogami. Wybrzuszyła, a to wybrzuszenie powodowało brak równowagi. Niemal zawsze szybko ją odzyskiwał, ale poczucie wstydu..? Takie, jakie miał teraz..? Nie, na pewno nigdy go Victoria takim nie widziała, bo sam nie wiedział... a nie, wiedział. Podobne uczucia miał, gdy był jeszcze chłopcem w Hogwarcie. Kiedy się z niego śmiali jak z brzydkiego kaczątka. Kiedy mu dokuczali. A on się pieklił, wstydził, albo nabierał czerwieni na policzkach ze złości. Podczas swoich pierwszych zbliżeń z dziewczętami - tak, wtedy może odczuwał ten wstyd, to znajome, ale dawno zapomniane odczucie. I teraz pojawiło się tak zupełnie niespodziewanie, że naprawdę miał problem żeby odzyskać swój normalny pion. Nic się nie stało. Te słowa w głowie czasami były najgorszymi gwoździami do trumny. Bo przybijałeś je sobie sam, nie broniłeś się przed nimi, a wręcz przeciwnie - broniłeś się przed tymi bodźcami, które miały dać twojemu ciału i umysłowi jakieś sygnały. Jakieś znaki. Miało powiedzieć, co powoduje u ciebie negatywne odczucia, czego nie chcesz, albo może właśnie czego bardzo potrzebujesz. Więc to nie do końca tak, że "nic się nie stało", skoro reakcja była aż tak duża i tak ostra, prawda?
Spojrzał na nią, kiedy dotknęła jego policzków i nakierowała jego twarz ku swojej. W te śliczne, brązowe oczy nie dało się nie spojrzeć, żeby nie zostać zaczarowanym i oczarowanym, więc tutaj nie było wyjątku - czar zadziałał. W końcu Victoria była czarownicą, które babka miała wielkie osiągnięcia, więc czy to nie czasem krew przechodziła na krew? Tak mówili. Że te cechy w rodzinie pozostawały. To był nawet fakt. Przecież to właśnie krew sprawiała, że mieliśmy wyjątkowe zdolności. Rodzina jednak rodziną, bo to nie przez jej pryzmat spoglądał Laurent Prewett na tę kobietę. Siłą rzeczy o swoich rodzinach i rodzicach rozmawiali, niekoniecznie wylewnie, ale wystarczająco, żeby sytuacja była jasna. Czysta sielanka nie mogła istnieć w rodzinach czystej krwi, a perfekcyjna rodzina była tylko niespełnionym, amerykańskim snem, który nie miał szans pokrycia rzeczywistości. Odwzajemnił jej uśmiech swoim nieco niepewnym.
- Cóż... będę przyszłym panną młodą? - Złapał jej żart i chwycił się go, żeby pomóc samemu sobie w ustabilizowaniu tego wydarzenia i własnej reakcji na nie. Tak, zaciskał te palce na tym bukieciku nawet trochę za mocno, przebierał nimi po nich, jakby chciał co najmniej pozliczać pojedyncze łodyżki wsunięte w całą kompozycję. - Wiem... wiem, oczywiście, że się nic nie stało. - Odetchnął i uniósł jedną dłoń do własnego policzka, rozbawiony, czując jaki jest on ciepły. Laurent nie był przesadnie blady, ale i tak miał jasną karnację więc te rumieńcie pięknie było widać na skórze. - Będę musiał jakoś z tym żyć. Czuję się prawie jak twój rycerz, który uratował cię ode złego. - Zaśmiał się cicho, prostując i odzyskując swój rezon. W oczach pojawił się błysk, gładko rozjaśniając niepewność sytuacji, w jakiej się znalazł. Starał się gładko przystosować do tego, co mu zostało rzucone, dopasować swoimi... kolorami. Szybko załatać niedoskonałości. - Och, na nogi Morgany... - Prychnął, kręcąc lekko głową i spoglądając na tę wiązankę. - Ładna. - Przyznał, a chociaż tyle dobrze! - Zabiorę ją do domu na pamiątkę.