18.09.2023, 23:50 ✶
Gdyby Brenna wiedziała, że Heather uważa ją za najmądrzejszą czarownicę, jaką znała, przeraziłaby się tym, w jakim dziewczyna towarzystwie się obraca. Na całe szczęście, nie znała jej myśli, a poza tym w tej chwili była trochę zbyt skupiona na innych sprawach, mianowicie morderczych drzewach oraz głosie, wydobywającym się z najbliższego pnia.
– Zabijmniezabijmniezabijzabij…
– Heather, to czarna magia – powiedziała Brenna, dopadając partnerki i chwytając ją za łokieć. – To nie jest twój wujek.
Być może pomyślałaby o tym, aby pomóc temu drzewu, w nieco innych okolicznościach. Gdyby chwilę wcześniej inne nie próbowało jej zamordować, gdyby nie zaginął gdzieś tutaj Apollo. Ale Brenna wcale nie była pewna, czy to nie kolejny podstęp.
– Patrz! – zawołała, i pociągnęła za sobą Wood jeszcze dalej, próbując odciągnąć ją od pnia, z którego spoglądał „wujek Bob”, bo dostrzegła, że drzewo, przed którego gałęziami ledwo co umknęła, ponownie wyciąga ku nim gałęzie. – Musimy się stąd wycofać… i znaleźć Apolla. APOLLO DO CHOLERY! Sonurus! APOLLO!!!
To ostatnie słowo, zwielokrotnione magią, potoczyło się po lesie, kiedy Brenna usiłowała pociągnąć ze sobą partnerkę, nie pozwolić, aby schwyciły je rośliny. Mogła w tej chwili albo spróbować spalić te drzewa – ale to groziłoby wielkim pożarem lasu, a gdzieś tutaj wciąż mógł być towarzyszący im do niedawna Brygadzista – albo ratować się ucieczką. Serce Brenny biło szaleńczo, adrenalina buzowała w żyłach, bo chociaż natykała się na różne rzeczy, to to…
Inne drzewa też zaczęły szeptać.
Wyciągało się ku nim coraz więcej gałęzi.
A gdzieś w oddali… mogłaby przysiąc, że usłyszała, jak ktoś woła jej imię…
– WSKAZUJ NA MIOTŁĘ! Przemienię się! W stronę krzyku, to chyba Apollo! – zawołała do Heather, wykonując kolejny unik przed konarem, próbującym ją pochwycić. Zdołała uciec, za to inna gałąź trzasnęła ją w twarz, pozostawiając na policzku krwawą pręgę. W tej chwili Brenna skupiała się głównie na dwóch myślach: wyrwać się stąd, szybko, znaleźć Apolla.
– Zabijmniezabijmniezabijzabij…
– Heather, to czarna magia – powiedziała Brenna, dopadając partnerki i chwytając ją za łokieć. – To nie jest twój wujek.
Być może pomyślałaby o tym, aby pomóc temu drzewu, w nieco innych okolicznościach. Gdyby chwilę wcześniej inne nie próbowało jej zamordować, gdyby nie zaginął gdzieś tutaj Apollo. Ale Brenna wcale nie była pewna, czy to nie kolejny podstęp.
– Patrz! – zawołała, i pociągnęła za sobą Wood jeszcze dalej, próbując odciągnąć ją od pnia, z którego spoglądał „wujek Bob”, bo dostrzegła, że drzewo, przed którego gałęziami ledwo co umknęła, ponownie wyciąga ku nim gałęzie. – Musimy się stąd wycofać… i znaleźć Apolla. APOLLO DO CHOLERY! Sonurus! APOLLO!!!
To ostatnie słowo, zwielokrotnione magią, potoczyło się po lesie, kiedy Brenna usiłowała pociągnąć ze sobą partnerkę, nie pozwolić, aby schwyciły je rośliny. Mogła w tej chwili albo spróbować spalić te drzewa – ale to groziłoby wielkim pożarem lasu, a gdzieś tutaj wciąż mógł być towarzyszący im do niedawna Brygadzista – albo ratować się ucieczką. Serce Brenny biło szaleńczo, adrenalina buzowała w żyłach, bo chociaż natykała się na różne rzeczy, to to…
Inne drzewa też zaczęły szeptać.
Wyciągało się ku nim coraz więcej gałęzi.
A gdzieś w oddali… mogłaby przysiąc, że usłyszała, jak ktoś woła jej imię…
– WSKAZUJ NA MIOTŁĘ! Przemienię się! W stronę krzyku, to chyba Apollo! – zawołała do Heather, wykonując kolejny unik przed konarem, próbującym ją pochwycić. Zdołała uciec, za to inna gałąź trzasnęła ją w twarz, pozostawiając na policzku krwawą pręgę. W tej chwili Brenna skupiała się głównie na dwóch myślach: wyrwać się stąd, szybko, znaleźć Apolla.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.