Przyjęcie już dawno się rozpoczęło, gdy Giovanni i Geraldine zjawili się w Dolinie Godryka. Obecność Urquarta była oczywista. Brał udział w chyba każdym wydarzeniu charytatywnym... oraz jakimkolwiek innym. Szczególnie, gdy jego rodziców zajmowała praca i musiał reprezentować rodzinę. Co szykowane było celowo, by przygotować młodego Urquarta do przyszłych obowiązków.
— O, spójrz! Jeszcze jest ktoś w środku, zdążyliśmy! — Zażartował, gdy byli przed rezydencją Longbottomów. Rodzina, z którą łączyły go niezwykle serdeczne stosunki, szczególnie w tych mrocznych czasach.
Wszedł do środka i rozejrzał się. Zabawa zdawała się trwać w najlepsze. Giovanni wiedział, że spóźnieniem to może jeszcze nie było, ale mógł tak twierdzić, by podroczyć się trochę z przyjaciółką. Nie pierwszy raz Geraldine towarzyszyła mu na przyjęciu. Samemu przybyć nie wypada, zaś obydwoje daleko byli od znalezienia swoich drugich połówek. Wybranie się na bal razem stanowiło perfekcyjne rozwiązanie.
Giovanni dostrzegł wiele znajomych twarzy, z uśmiechem kiwał głową do mijających go osób. Ostatni tydzień kończył ostatnie rozdziały swojej książki o stosunkach między czarodziejami z Karaibów a rdzennymi ghoulami, okazję do zabawy miał zamiar w całości wykorzystać. Co w jego rozumieniu oznaczało nadrobienie wszelkich zaległości towarzyskich. Życie podróżnika sprawiało, że często był oderwany od brytyjskiej społeczności czarodziejów, chociaż była mu tak droga. Jedynie toczący się konflikt przyciągał jego uwagę częściej, niż zazwyczaj.
— Masz jakieś plany, Geraldine? Szukamy gospodarzy, czy wolisz przywitać się przy okazji?