- Dobrze się składa, właściciel zaraz podejdzie. - Zapewnił blondyna czarnoskóry mężczyzna po tym, jak skinął ręką w kierunku swojego pracodawcy. Dłoń Laurenta, w drodze do Yaxleya, przesunęła się parę razy po włosach, żeby je ułożyć w jakiś cywilizowany sposób. Przeczesać je, żeby nie wyglądał, jakby, hm... jakby dopiero co wyszedł z lasu, którego przyjemny zapach królował w tej okolicy. Między innymi przeklętych sosen, które kołysały się na morskim wietrze jakby naigrywały się z Kaia, który przyszedł w odwiedziny do królestwa Lukrecji. Poprawił swoje ubranie, wygładził białą koszulę, strzepnął spodnie barwy ciemnej kawy - kilka ruchów i człowiek mógł wyglądać w pełni cywilizowanie. Wyprostował się, krocząc pewnie przez murawę.
- Nie ma problemu. Zostaw nas, proszę. - Mimo tego, że Nicholas zwrócił się do Alexandra, to sam Alexander błysnął oczyma w kierunku Laurenta. Pytająco. Dlatego też to Lukrecja odpowiedział. Mężczyzna skłonił się i odszedł, wołając do stajennego, który właśnie zajmował się zamiataniem gościńca. Wokół nich panowała przyjemna cisza, ale nie zupełna. Liście i igliwia szumiały w koronach, obijając się o siebie, ptaki ćwierkały pojedynczymi głosami, z oddali zarżał jeden z abraksanów, których sylwetki były stąd doskonale widoczne na wielkim pastwisku. Nie były niczym ograniczone - spacerowały po nim mogąc odlecieć w każdej chwili. A jednak stąd nie umykały. - Laurent Prewett, do usług. - Wyciągnął dłoń w kierunku mężczyzny, całkiem zaciekawiony tym, że cała konwersacja rozpoczęła się od "czy możemy zostać sami"? Nawet minimum zdziwienia pokazało się na jego twarzy przy tej prośbie nieznajomego klienta. Bardzo... zimnego klienta...
Taaak... ten głos zabrzmiał znajomo. Przez ten krótki moment pojawiła się w jego głowie myśl: czy ja go znam..? Albo może powinien go znać? Łatwo było zapomnieć konkretną twarz, kiedy było się osobą brylującą w towarzystwie, tańczącą na salonach i przeplatającą się między przeróżnymi ludźmi. Z równie przeróżnych powodów. Podobało mu się to, co widzi i tchnęło go poczucie, że gdyby go znał - zapamiętałby go. Lód jego oczu, jak jezioro, na którym zaczęły pojawiać się kry, żeby odbijać blask słońca. Nawet słońce było jednak chłodne, kiedy wpadało w objęcia tak zimnej wody. Przystojną twarz wyciosała chyba sama Chione, nimfa śniegu, córka boga północnego wiatru, w szlachetnym materiale nieznanego pochodzenia. Być może zebrała w garściach śnieg, nadała mu ludzkiej formy..? Jak człowiek, który miał zrodzić się z popiołów, lub kobieta, która miała powstać z żebra Adama..? Coś było nie tak. Coś mu podpowiadało, patrząc w te oczy, że to nie są dobre oczy. Cała mimika, postawa tego człowieka, była jak niedostępny kawałek głazu objętego ramionami Pani Zimy. Nie zabierało to uśmiechu z jego ust, ale przy takich osobach był trochę bardziej ostrożny. Bardzo różnych ludzi widywał w swoim życiu i nie zdziwiłby się, gdyby ojciec przysłał do niego jakiegoś swojego koleżkę wyciągniętego z czeluści Nokturnu.
- Zapraszam w takim razie. - Wskazał gestem polanę i sam skierował się w tamtą stronę. - Interesuje pana zakup pod wierzch czy do wyścigów? Albo zwykła przejażdżka? Jeśli to ostatnie to idealny moment - pogoda bardzo sprzyja i morze jest spokojne. I abraksanom przez to humor dopisuje. - Ostatnie zdanie powiedział z nutą śmiechu w głosie.