Ach, gdyby to tylko maska... intensywność spojrzenia tych zimnych oczu, taniec na lodowisku, jak łyżwiarze, którzy ćwiczyli najbardziej wymyślne figury i podskoki, żeby zachwycić swoją osobą. Imię. Ale nie to, którym się Nicholas przedstawił, bo rzeczywiście - było dość popularne. Imię "Laurent" w różnych wariacjach również nie było wybitnie oryginalne i przeplatało się dość często nie tylko wśród czarodziei. Ci zaś potrafili wymyślać bardzo oryginalne miana. Szczególnie rodzina Black. Kai. Imię, spojrzenie, zapach sosen. Wszystkie rozsypane kawalątki układanki tych puzzli wracały na swoje miejsce. Niektóre trafiały do dłoni, jakby chciały zostać sprawnie włożone w puste miejsca. Przecież idealnie do siebie pasowały. Oni idealnie do siebie pasowali tamtej nocy. Ale to nie maska i lata były tutaj największą przeszkodą. To umysł Laurenta, który pamiętał w większości urywki, szczególnie z pierwszych tygodni w Rose Noire. I wcale nie było mu tego żal. Wręcz cieszył się, że większość była czarną, albo po prostu kolorową plamą. Nie chciał się na tych wspomnieniach skupiać. Nie chciał pamiętać. Nie o wszystkich jednak zapominał całkowicie. Umysł miał taki sprytny zmysł samoobrony, by blokować te najgorsze wspomnienia i emocje. Czarna kartka w całym skoroszycie doświadczeń. W dzienniku wydarzeń, historii życia. Tak jakby w świecie ktoś czytał historię Wielkiej Brytanii, obrócił stronę... a tam nic. Wszystko zalane atramentem i dopiero kiedy przerzucisz na następną to pojawią się znów litery. Niektóre wspomnienia wystarczyło uruchomić jednym słowem czy paroma gestami... pobudzić umysł i wymusić na nim, by sobie przypomniał. Niekoniecznie osiągaliśmy wtedy skutek w pełni pożądany.
Dłoń Laurenta była dokładnie tak samo delikatna, jego uścisk również. Niektórzy miewali wrażenie, że dotykają dłoni kobiety, choć blondyn nie do końca był tego świadom. Nie do końca, bo z drugiej strony celowo dyktował własnym ruchom subtelność.
- Oooch, Artemis! W takim razie sprawy organizacyjne czy jednak prywatne przygnały Pana na kraniec Wielkiej Brytanii? - W zasadzie dosłownie, bo nad sam kanał La Manche. Specyficzny, morski wiatr był tutaj wyczuwalny na policzkach wraz ze swoim zapachem, a w New Forest nie było przez to nigdy gorąco. Niektórzy doznawali niemałego szoku, kiedy przenosili się z Londynu, bo różnica temperatur potrafiła być naprawdę duża przy samym morzu. Kiedy szli Laurent zrobił z Nicholasem całkowicie profesjonalny i rzeczowy wywiad, tłumacząc różnicę cen oraz z czego ona wynika i proponując podanie najpierw budżetu, jaki chciałby przeznaczyć na zakup, wtedy o wiele łatwiej będzie mówić o ewentualnych możliwościach zakupu. - W moich stajniach przebywa zaledwie część abraksanów. O wiele więcej mógłbym panu zaproponować w rodzinnej stajni mojej rodziny, w Keswick. - Tak, tak, mowa była o rodowej rezydencji Prewettów - największej i najsłynniejszej hodowli abraksanów. - Istnieje możliwość sprowadzenia wierzchowca z innych hodowli. - Więc Nicholas nie musiał się tutaj przejmować, jeśli akurat żaden z rumaków nie przypadnie mu do gustu. - Potrafi pan jeździć konno? - Upewnił się Laurent. - Abraksany są o wiele bardziej wymagającymi stworzeniami. - Ludzie często przychodzili do niego chcąc wsiąść na grzbiet abraksana - i szybować. Po czym okazywało się, że nie radzą sobie samodzielnie nawet z koniem. Co dopiero z abraksanem... Mężczyzna idący obok wydawał się mieć twardy charakter i zdecydowaną rękę, więc o to się nie martwił. Pozostawała więc kwestia wiedzy czy też umiejętności.
- Michael! - Krzyknął Laurent i wyciągnął rękę, wykonując nią przywoławczy gest. Kilka abraksanów podniosło zaciekawiona głowy i skierowała swoje piękne łby w ich kierunku, błyskając czerwonymi ślepiami. Przy dwóch z nich biegały zdecydowanie mniejsze konie, wciąż źrebięta. Wielki, dorodny abraksan wyrwał z kopyta, jak spłoszony czymś, kierując się w ich stronę i częściowo rozkładając swoje skrzydła, by nimi uderzyć. Nie wzbił się jednak w powietrze i zwolnił, kiedy się do nich zbliżał, parskając. - Najlepszy rumak mojej hodowli, laureat wyścigowy. - Wyjaśnił Nicholasowi. I rzeczywiście - było na co patrzeć. Śnieżnobiały ogier prezentował sobą siłę, elegancję, dumę. I jakiś gniew? Coś, co zdawało się być żywą manifestacją tej siły wpisaną w mięśnie i piękne, lśniące futro tej istoty o anielskich skrzydłach. Rumak zatrzymał się przed Laurentem i pochylił swój łeb, wychodząc nozdrzami naprzeciw dłoni swojego właściciela. Abraksany były sporo większe od zwykłych koni. - Poznaj proszę pana Nicholasa Yaxleya. Przyszedłem mu pokazać nasze stado, Michaelu. - Czerwone ślepia wierzchowca padły na Nicholasa. I zdawały się być całkowitą przeciwnością tych Laurenta. Wręcz zdawały się ostrzegać, by się do niego nie zbliżać, bo nie zawaha się użyć siły.
- Dzień dobry. - Przywitał się rumak, wpatrując się w oczy Nicholasa. - Kogo tu sprowadzasz, Laurencie? Ten człowiek ma złe spojrzenie. Uważaj, dwunożna istoto. Bacznie obserwuję twoje ruchy. - Poruszył się krok do przodu, odgradzając Nicholasa od Laurenta swoją szyją. Na co Laurent tylko się roześmiał i zanurkował pod jego szyją, przesuwając jego grzywę jak welurowa firankę, żeby znów znaleźć się przy Nicholasie i pokręcić głową.