Czasem chyba ludzie liczyli na cuda? Tak, czasem naprawdę na to liczyli. Siedzieli ze złożonymi dłońmi do modlitwy i te modły wznosili - prosto do Nieba. Może usłyszy ich jeden z drugim aniołem zasiadającym na puchatej chmurce, a może modły te sięgną jeszcze wyżej? Zaśpiewają o nich dęby, zaszumią wierzby? Matka Natura zlituje się i ześle swoje błogosławieństwo. Nie, to tak nie działało. Szczęście do nikogo nie trafiało samo z siebie. Trzeba było wyjść mu naprzeciw. Jeśli tylko nagim okiem i przez lupę spoglądasz na człowieka, nie poznasz prawd żywych. Nie zajrzysz w głąb człowieka i nie poznasz jego prawdziwej natury. Podchodzenie do osoby wycofanej i nieśmiałej było doprawdy jak próba zbliżenia się do szlachetnego jednorożca. Z tym, że nie każdy człowiek był z natury tak czysty, jak one. Martin Crouch czysty jak łza w końcu nie był. Robił rzeczy, które w świetle prawa nie były uznawane, a moralność niektórych czynów mogłaby podpaść pod sąd tych wywołanych już aniołków. Jak szybko można się przekonać, że nad aniołami też ktoś czuwa? Pojawiał się wtedy archanioł z płonącym mieczem, by nieść sprawiedliwość i przygniatać zdradliwe węże swoim butem do ziemi. Miażdżyć je i przypominać, że tak Bóg stworzył ten świat, by pełzały brzuchem po ziemi i nigdy nie stały o własnych siłach. Nie, Martin nie błyszczał, w zasadzie był całkiem niewidzialny. Znikał w tłumie, wtapiał się w niego. Więc podchodząc do niego - liczysz na cud? Na to, że przywitasz się, zapytasz o pogodę i co? Pociągnie temat? Tacy ludzie wyciągali z człowieka energię, kiedy nie mogłeś z nimi złapać nici porozumienia. Czasem samo klikało, a niekieeedy trzeba się było natrudzić. Laurent był ciekawy, czy Martin gotów był podjąć rozmowę, żeby "zabawić gościa" czy może faktycznie dlatego, że poczuje się swobodnie i jakoś tak... w miarę dobrze. Chociaż trochę. Obawiał się tylko tego, że nie będzie w stanie wyczytać tych niuansów z bardzo oszczędnej mimiki Martina i tych jego... ach, te oczy. Takie piękne i tak dogłębnie smutne - bo puste. Jakby jego dusza opuściła już ciało i błąkała się teraz między falami, chcąc płynąć razem z syrenami daleko stąd. Tylko... gdzie? Czego szukała? I czemu opuściła swojego właściciela?
- Nie będę dopytywał, są to wyłącznie państwa sprawy. - Wystawił dłoń do przodu w znaku "stop", ale nie dlatego, że chciał zatrzymać Martina. Przy słowach, jakie dobrał i uśmiechu był to symbol, że zatrzymywał samego siebie. Stawiał tutaj linię zarówno dla kultury rozmowy jak i jej swobody. Można dociekać i pytać o różne rzeczy, przekraczać progi wścibskości. Być jak dziecko, które kijem trąca mrowisko i niszczy je, żeby tylko poobserwować mróweczki przy pracy. Ale żeby być destrukcyjnym w swej niepozorności (jak wilcza jagoda) Laurent potrzebował dostać odpowiedni bodziec. Bardzo negatywny bodziec. Tutaj go nie było. - Mam nadzieję, że nie będzie to przekroczeniem tej krótkiej znajomości, ale podziwiam ogrom pracy, jaki przyjął pan na swoje barki. Zaoferowałbym pomoc w kryzysowych sytuacjach społecznych, ale to już na pewno byłoby przekroczeniem pewnej swobody relacji, prawda? - Pytanie zostało zadane luźno, nawet trochę śmiechem, by spokojnie można było zbić to jako żart, machnąć dłonią. Rozgonić na wzór tytoniowego dymu z ulubionych cygar szlachty. I owszem, Laurent chętnie by pomógł, ale kiedy kogoś nie znasz nawet nie wypadało przyjmować tego typu pomocy. No bo właśnie - nawet tej osoby nie znasz. Szkoda. Świat byłby naprawdę lepszym miejscem, gdyby ludzie skorzy byli sobie wzajem częściej pomagać niż mówić "spierdalaj". - Rozumiem. - Nie był ani zawiedziony, po prostu przytaknął tej opowieści, krótkiej, prawdziwej, rzeczowej. Ach, prawdziwy statek piracki... okradający, łupiący - to byłaby prawdziwie romantyczna opowieść! Laurent mógłby się w niej rozmarzyć - gdyby tylko nie to, że piractwo było, no właśnie, całkowicie niepoprawne. Kradzież była niepoprawna. Potrafiła czasem całkowicie zniszczyć czyjeś życie. Co jednak naprawdę zainteresowało Laurenta to słowa, które wypłynęły z ust Martina później.
- Jest pan romantykiem, panie Crouch? - Znów Martin zabrzmiał tak... poetycko. W taki sposób, że serce Laurenta było poruszone, że poruszało się i zabiło jak migotało słońce na płatkach śniegu. Sam nie potrafił jeszcze powiedzieć, co to takiego było. - Czy ta błękitna przestrzeń morza jest wyzwalająca, czy może wiatr, który porywa wszystkie znoje i smutki?