Już niedługo, powtarzał sobie w myślach Erik. Powoli zmęczenie zaczynało brać nad nim górę. W głębi serca cieszył się, że z uwagi na okoliczności nie postawili na wielką stypę, a raczej skromny poczęstunek w otoczeniu najbliższych. Mimowolnie wrócił myślami do pogrzebu Simone Malfoy, co wywołało nieprzyjemne ukłucie w sercu. Zacisnął pięść, jednak po chwili ją rozluźnił, biorąc głęboki oddech.
— Dziękujemy za przyjście — wymamrotał, wracając do rzeczywistości. Uśmiechnął się markotnie do starszej czarownicy, pozwalając, by ta niezgrabnie poklepała go po ramieniu.
Gdy tłum zaczął się nieco przerzedzać, Brenna poinformowała ich o swojej decyzji. Skinął ledwo zauważalnie głową, momentalnie znajdując sposób, w jaki mógłby się przydać. Lepsze to niż myślenie o jednym i tym samym bez ustanku.
— Pójdę z nimi — zaproponował Erik, wypuszczając głośno powietrze z ust. — Na wypadek, gdyby po drodze czaili się jacyś dziennikarze. — Uroczystość może i była prywatna, jednak Longbottom z doświadczenia wiedział, że słowa s u b t e l n o ś ć i p r y w a t n o ś ć nie występowały zbyt często w słowniku przedstawicieli mediów. — Dopilnuję, żeby nikt nie został z tyłu.
Uniósł dłoń na pożegnanie Bren, gdy ta zdematerializowała się z cmentarza z cichym pyknięciem. Rozejrzał się na prawo i lewo, starając się namierzyć rodziców tudzież grupę ludzi, jaką zebrali wokół siebie. Chociaż na ceremonii pojawili się ludzie w różnym wieku, tak Erik spodziewał się, że na pieszą wędrówkę przez Dolinę zdecydowali się przede wszystkim nieco starsi czarodzieje z pokolenia Elise i Jeremy'ego.
— Zobaczymy się w domu. — Uścisnął mocno Lucy, a następnie Danielle. — Uważajcie na siebie.
Po tych słowach, odsunął się od kuzynek i udał w stronę rodziców. Tempo ich spaceru nie było jakieś wyjątkowo dynamiczne, toteż Erik nie za bardzo mógł sobie znaleźć miejsce w grupie. Raz szedł z przodu, chcąc w razie czego, jako pierwszy wypatrzeć sępy z Proroka Codziennego, a chwilę później cofał się na koniec, co by wolniejsi goście nie poczuli, że zostają w tyle. Koniec końców, wszyscy dotarli jednak do rodowej posiadłości.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞