19.09.2023, 20:07 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.09.2023, 20:07 przez Mavelle Bones.)
Ceremonia dobiegała końca – ale ten dzień miał być bardzo, bardzo długi. Bo to nie był koniec; do niego jeszcze daleko, jeszcze sporo trzeba było przetrwać. Choć też Mavelle specjalnie sięnad tym nie zastanawiała, nie wybiegała myślami aż tak daleko w przyszłość, nieszczególnie mając na to siły. Skupiała się na tu i teraz, nawet jeśli momentami można było odnieść wrażenie, że tak naprawdę znajduje się zupełnie gdzie indziej, pochłonięta swoimi myślami.
Pogrążona w bólu?
Ale mimo wszystko pozostawała świadoma. Bliskości Brenny. Erika. Była zimna, tak bardzo zimna, że raczej mało kto chciałby teraz podtrzymywać kontakt fizyczny (całkiem ważny dla Bones i na dobrą sprawę, nie tylko dla niej), a jednak… jednak najbliżsi jej nie odtrącali.
Choć w zasadzie nie było to coś, nad czym zastanawiała się w tej chwili, skupiona przede wszystkim na pamięci Derwina. W zasadzie… taka bliskość była czymś całkiem naturalnym. Dorastali razem, mieszkali razem, mieli więzi – równie mocne, jakby cała trójka była rodzeństwem z jednej krwi i kości, a może nawet i mocniejsze, bo przecież niejedno rodzeństwo darło niemiłosiernie koty i uprawiało jakieś podjazdowe wojny. W tym przypadku?
Brzmiało na niemożliwość.
Ale też i ten stan nie mógł trwać wiecznie; trzeba było wrócić do rzeczywistości, nawet jeśli nieszczególnie się do tego kwapiła. Z drugiej strony – może i lepiej, dzień się szybciej skończy, szybciej będzie mogła w pełni zamknąć rozdział; wszak wraz z nastaniem świtu przychodziła nieco inna perspektywa i choć częściowo można się było w pewien sposób odciąć od wydarzeń z dni poprzednich.
Kondolencje – kolejny etap, który trzeba było przetrwać. Zacisnąć zęby, wzmocnić swoje mury, żeby się nie rozsypać. Miała rękawiczki na dłoniach, więc każdemu, kto zdecydował się wyciągnąć do niej ręce, oszczędziła mało przyjemnego (w zasadzie wcale) kontaktu z zimnem, jak w sobie nosiła.
Wystarczy, że już rozciągał się nad nimi chłód śmierci, nie musiała dokładać jeszcze tego.
Korowód podchodzących zdawał się nie kończyć, a kiedy w końcu odszedł ostatni uczestnik pogrzebu – prawie się zdziwiła, że nie ma już nikogo więcej. Prawie. Bo w tym stanie to chyba nawet nie potrafiła się już zdziwić.
- W porządku – odparła cicho Brennie. Zawahała się przez krótką chwilę, czy jednak nie powinna pójść w ślady kuzynki i nie teleportować się razem z nią, żeby pomóc w ogarnięciu wszystkiego na miejscu. Tam też były potrzebne ręce do pracy, a tutaj… cóż, trochę gości i owszem, było, ale też nieszczególnie widziała potrzebę, żeby wędrowców pilnowało całe stado Longbottomów, niczym psy pasterskie, żeby na pewno się nie pogubili. Wszak nie mieli do czynienia z dziećmi, a dorosłymi osobami, nieprawdaż? - Wiesz co? Też się teleportuję i wam pomogę – zdecydowała, dochodząc do wniosku, że Erik i wuj z ciocią na pewno sobie poradzą. To był pogrzeb w Dolinie Godryka, nie gdzieś w ostępach Kniei, na litość Matki. Nie bardzo widziała możliwość, żeby się zgubić, chyba że ktoś celowo postanowi odłączyć się od grupy i pozwiedzać, chociaż po co miałby to robić w dokładnie tej chwili? No właśnie. Toteż po raz ostatni omiotła otoczenie spojrzeniem i zniknęła.