Nie chciał pamiętać. Nicholas nie mógł zapomnieć. Miał wrażenie, że ciążyła na nim klątwa zwyczajnych słów, które jakby kierowały go w kierunku szukania tego światła, jakie spotkał tamtej zimy. Nie zabrał zamkniętego ptaszka w klatce do siebie, aby go więzić. Zostawił go, jakby chciał uchronić siebie. Miał siłę, mógł pozbyć się jego problemu. Ale nie podjął się tego. Nie musiał, skoro teraz widzi go przed sobą ponownie. Poradził sobie. Udowodnił, że dał radę się uwolnić.
W Laurencie było coś z kobiecości. Może to dar przez jego rasę? Uroda po matce? W końcu wyróżniał się bardziej od innych. Choć niepokojąca była jego budowa ciała, to jednak wydawał się być zdrowy. Czy to może pozory?
Organizacja Yaxleyów nie była tajemnicą. Posiadali wiedzę na temat magicznych stworzeń i byli wyszkoleni w celu polowania na niebezpieczne istoty.
W tym przypadku nie miał co kłamać. Ale zbierał dane dla ojca, gdyż mógłby chcieć wiedzieć, ile musiałby wydać na takiego abraksana, gdyby chciał mieć u siebie. Informacji nigdy za wiele, a rynek potrafił się zmieniać. Laurent zdawało się, że posiadał naprawdę dużą wiedzę w tym temacie. To by nawet pomogło nawiązać współpracę Yaxleyów z Prewettami. Musiałby porozmawiać na ten temat z ojcem, a ten rozważyć to w kwestii Prewettów. Nie byłby to zły układ, skoro mają przyjacielskie relacje i współpracę z Flintami.
To spotkanie brzmiało bardzo oficjalnie. Jakby rzeczywiście Lukrecja go nie pamiętał. Nie rozpoznawał. Czy to dobrze? Bezpieczniej. Dla Nicholasa. On nie pamięta. Nie trzeba mu przypominać. Słuchał go uważnie i w sumie nie uważał, aby trzeba było sprowadzać dodatkowe abraksany, skoro mieli tu na miejscu już dobre okazy. Ale kiedy padło pytanie o jazdę konną, Nicholasa zatkało. Jakby nagle stracił mowę.
- T-tak.Potwierdził, choć w rzeczywistości skłamał totalnie.
„Cholera, co ja wyprawiam?” - zaczął karcić się sam siebie. Zgrywał odważnego, że potrafi wszystko. Nie przyznał się, że nie umie jeździć konno. Żałował, że nie podjął się tych lekcji, kiedy mieli hipogryfy chociaż. Nie myślał, że kiedykolwiek ta umiejętność może być mu potrzebna. Może uda się jakoś wykręcić z tego? A może to wcale nie będzie trudne doświadczenie? To przecież podobne go latania na miotle. Nie może być trudne.
Wtem Laurent zawołał imiennie jednego z abraksanów. „Michael… To imię nie może być przypadkowe.” - stwierdził w myślach. Spojrzał na blondyna mu towarzyszącego, po czym skierował spojrzenie w stronę zbliżającego się pięknego, śnieżnobiałego abraksana. Ogar. Idealny. Koń magiczny Króla Lodu. Ich spojrzenia się zetknęły ze sobą. Siły i chłodu. Magiczne stworzenia, podobnie jak zwyczajne, potrafiły wyczuć intencje ludzkie. Ich aurę, by wiedzieć kiedy jest zagrożenie. Michael przemówił. Nicholas w odpowiedzi lekko skinął głową, po czym znów uniósł wzrok na stworzenie, ostrzegające Prewetta przed nim.
- Bez obaw. Nie przychodzę w złych zamiarach.
Uspokoił Nicholas i nie ruszył się z miejsca. Nawet nie podnosił ręki, aby ryzykować dotknięciem ogiera. Z magicznymi zwierzętami trzeba umieć się obchodzić. Abraksan był już oswojony, ale i bardzo ostrożny wobec obcych.