08.11.2022, 23:56 ✶
Świat wirował, lecz nie w sposób, w który wiruje podczas walca. Nie czuła uniesienia, znikąd nie dobiegała muzyka. Jedynie ogłuszające bicie serca; jedynie szum krwi w uszach. Gdyby tylko miała na to siłę, zwariowałaby. Wszystko działo się zbyt gwałtownie, zbyt szybko. Poczuła nieogarnioną potrzebę wyrywania sobie włosów z głowy, ale wiedziała, że była tak słaba, że niczego by nie wskórała.
I gdyby na pewną chwilę nie odeszła od zmysłów, dziękowałaby siłom niebieskim, że nie zdążyła przełknąć dzisiaj niczego prócz kilku łyków gorzkiej herbaty. W innym wypadku zwróciłaby całą zawartość żołądka właśnie w tej sekundzie, bo ten ścisnął się w supeł i utknął gdzieś pod gardłem. Miała wrażenie, że się dusi, lecz nie była pewna, co konkretnie było przyczyną. Tępy ból docierał z każdej strony, oszałamiając skuteczniej, niż zrobiłby to cios bronią obuchową w nasadę czaszki. Na domiar złego dławiła się własnymi łzami; nowością, z którą jeszcze nie potrafiła walczyć. Umiała im tylko zapobiegać, nie wiedziała zaś jak leczyć.
Zdawać by się mogło, że szwy, które spajały Eden w swoistą całość, pękły wreszcie pod naporem niespożytych w żaden sposób emocji. Te kumulowały się od dłuższego czasu, jeśli nie od kilku lat, a ona nigdy nie potrafiła dać im upustu. Każde naczynie prędzej czy później osiągnie swój limit, bo gdy dolewasz doń ciągle i ciągle, a nie czerpiesz zeń i nie odlewasz, siłą rzeczy zawartość przekroczy krawędzie i rozleje się na podłogę. Broniła się przed tym niczym lwica, wznosiła mury, przez które niechęć Williama miała do niej nie docierać, jednak stawiała je z lodu porastającego jej własne serce. Toteż nie przewidziała, że będą przezroczyste, jedynie lekko oszronione; pozwalające na oglądanie jego wzgardliwego spojrzenia i zaciśniętych w złości warg. A sercu nie żal tylko tego, czego oczy nie są w stanie ujrzeć.
Za wszelką cenę chciała pokazać mu, że żadna z tych rzeczy ją nie wzrusza. Robiła dosłownie wszystko, co w swojej mocy, by nie zdradzić, że jej zależy. Wyprowadzała ciosy poniżej pasa, by wyjść na tą twardszą, odporniejszą na samotność. I była święcie przekonana o swej przewadze; pycha zaślepiła ją do tego stopnia, że nie zdawała sobie sprawy, że naprawdę każda akcja przynosi reakcję. Czy raczej - doskonale wiedziała, że tak się dzieje, bo oczekiwała reakcji swojego męża, lecz nie rozumiała, że ludzie się zmieniają. Byli dla siebie obcy przez tak długi czas, z każdym dniem wiedziała o nim coraz mniej, a więc jak mogła oczekiwać, że wciąż będzie umiała przewidzieć jego zachowanie? I przede wszystkim, jak mogła zapomnieć o regularnie powtarzanej przez siebie maksymie:
Uważaj, czego sobie życzysz, bo może się to ziścić.
Pragnęła z całego serca, by William pożałował swojej własnej obojętności i ślepoty, bo właśnie żalu zawsze życzyła tym, którzy ją skrzywdzili. A więc raniła go, by poczuł jak to jest, nie zauważając jednak, że sama przy tym stawała się obojętna wobec niego i że uderzała na oślep. Aż dotąd nie rozumiała, że robiła to wszystko kosztem swojego własnego zdrowia psychicznego. Przecież była skałą, której nic nie skruszy.
- Nie... - zaczęła, lecz głos złamał się i uwiązł w gardle. Ponownie zaniosła się szlochem, zdruzgotana z powodu własnej niemocy. Była zawiedziona sobą bardziej niż kimkolwiek innym. Za moment jednak kapka sił wypełniła dygoczące ciało kobiety, kiedy podniosła ramiona w desperackim geście, by zrzucić ręce męża ze swojego czoła. - Nie dotykaj mnie - chciała zabrzmieć stanowczo, rozkazać mu, by się nie zbliżał, bo było jej wstyd. Nie chciała go w pobliżu, nie chciała, by ktokolwiek oglądał ją w tym stanie. Płacz powrócił znów, gdy zrozumiała, że to płonne próby - dłonie Williama ponownie powróciły, bo za nic miał przecież jej prośby.
Może to i dobrze. Może powinien był ją tak traktować od początku.
- Bo jestem zła - burknęła w złości, słysząc jego tłumaczenie. Prawdopodobnie mówił z sensem, ale Eden wyłapywała co drugie słowo, ciągle walcząc z własnym sercem, by przestało zagłuszać biciem całe otoczenie. Ledwie widziała zarys męża przez wzbierające w kącikach oczu łzy, które płynęły nieprzerwanym strumieniem. Miała zamiar dalej czynić mu wyrzuty, lecz poczuła, że ostatecznie przegrała, gdy objął w dłoniach jej mokrą twarz. Czy naprawdę musiała doprowadzić się do doszczętnej ruiny, by móc tego doświadczyć?
- Nie kłam. - Urwane komunikaty nie były w jej stylu, ale na więcej nie było ją stać. Potrzebowała o wiele więcej czasu, by zebrać swoje myśli, a finalnie i tak nie miała wystarczająco dużo sił, by móc je ubrać w słowa. - Nie kłam, żebym poczuła się lepiej, nie chcę twojego współczucia. Niczego już od ciebie nie chcę, rozumiesz? - Brzmiała jak obrażone dziecko, rozbeczany pięciolatek, który buntował się światu. Ale dalekie od prawdy wrażenie to nie było; dojrzałość emocjonalna Eden była na podobnym poziomie, bo i w tym wieku została pozostawiona sama sobie ze swoimi emocjami. Dyskomfort musiała ukrywać w obawie przed konsekwencjami, musiała łgać w żywe oczy, że sobie poradzi. Tak samo teraz, mówiła jedno, a chciała drugie. Chciała od niego wszystkiego.
Uniosła ponownie ręce, by zdjąć dłonie Williama z twarzy. Czuła, że płoną jej policzki, lecz nie wiedziała, czy spowodowane jest to jego ciepłem, czy wstydem. Chciała wstać i wyjść, jak za każdym razem, gdy czuła, że przegrywa walkę. Musiała się oswobodzić z jego dotyku, lecz kiedy tylko palce Eden zetknęły się z jego, nie umiała ich rozdzielić.
- Przysięgałeś, że będziesz ze mną na dobre i na złe - przypomniała mu cicho, próbując opanować oddech. - Więc czemu nigdy cię nie było? - Zapytała, patrząc na męża z bólem w oczach. Kurczowo zacisnęła swoje palce na jego dłoniach, wplatając je sprawnie, jakby chciała chwycić jego dłonie i nigdy już nie puszczać. Jakby trzymała go po raz ostatni.
Pochyliła głowę, niby bez siły a wciąż intencjonalnie, by oprzeć swoje czoło o czoło męża. Zamknęła oczy, nie będąc już dłużej w stanie utrzymywać powiek uchylonych.
- Przecież mogłabym wzniecać pożary tym, co do ciebie czuję - wyznała wreszcie, uśmiechając się blado przez łzy.
I gdyby na pewną chwilę nie odeszła od zmysłów, dziękowałaby siłom niebieskim, że nie zdążyła przełknąć dzisiaj niczego prócz kilku łyków gorzkiej herbaty. W innym wypadku zwróciłaby całą zawartość żołądka właśnie w tej sekundzie, bo ten ścisnął się w supeł i utknął gdzieś pod gardłem. Miała wrażenie, że się dusi, lecz nie była pewna, co konkretnie było przyczyną. Tępy ból docierał z każdej strony, oszałamiając skuteczniej, niż zrobiłby to cios bronią obuchową w nasadę czaszki. Na domiar złego dławiła się własnymi łzami; nowością, z którą jeszcze nie potrafiła walczyć. Umiała im tylko zapobiegać, nie wiedziała zaś jak leczyć.
Zdawać by się mogło, że szwy, które spajały Eden w swoistą całość, pękły wreszcie pod naporem niespożytych w żaden sposób emocji. Te kumulowały się od dłuższego czasu, jeśli nie od kilku lat, a ona nigdy nie potrafiła dać im upustu. Każde naczynie prędzej czy później osiągnie swój limit, bo gdy dolewasz doń ciągle i ciągle, a nie czerpiesz zeń i nie odlewasz, siłą rzeczy zawartość przekroczy krawędzie i rozleje się na podłogę. Broniła się przed tym niczym lwica, wznosiła mury, przez które niechęć Williama miała do niej nie docierać, jednak stawiała je z lodu porastającego jej własne serce. Toteż nie przewidziała, że będą przezroczyste, jedynie lekko oszronione; pozwalające na oglądanie jego wzgardliwego spojrzenia i zaciśniętych w złości warg. A sercu nie żal tylko tego, czego oczy nie są w stanie ujrzeć.
Za wszelką cenę chciała pokazać mu, że żadna z tych rzeczy ją nie wzrusza. Robiła dosłownie wszystko, co w swojej mocy, by nie zdradzić, że jej zależy. Wyprowadzała ciosy poniżej pasa, by wyjść na tą twardszą, odporniejszą na samotność. I była święcie przekonana o swej przewadze; pycha zaślepiła ją do tego stopnia, że nie zdawała sobie sprawy, że naprawdę każda akcja przynosi reakcję. Czy raczej - doskonale wiedziała, że tak się dzieje, bo oczekiwała reakcji swojego męża, lecz nie rozumiała, że ludzie się zmieniają. Byli dla siebie obcy przez tak długi czas, z każdym dniem wiedziała o nim coraz mniej, a więc jak mogła oczekiwać, że wciąż będzie umiała przewidzieć jego zachowanie? I przede wszystkim, jak mogła zapomnieć o regularnie powtarzanej przez siebie maksymie:
Uważaj, czego sobie życzysz, bo może się to ziścić.
Pragnęła z całego serca, by William pożałował swojej własnej obojętności i ślepoty, bo właśnie żalu zawsze życzyła tym, którzy ją skrzywdzili. A więc raniła go, by poczuł jak to jest, nie zauważając jednak, że sama przy tym stawała się obojętna wobec niego i że uderzała na oślep. Aż dotąd nie rozumiała, że robiła to wszystko kosztem swojego własnego zdrowia psychicznego. Przecież była skałą, której nic nie skruszy.
- Nie... - zaczęła, lecz głos złamał się i uwiązł w gardle. Ponownie zaniosła się szlochem, zdruzgotana z powodu własnej niemocy. Była zawiedziona sobą bardziej niż kimkolwiek innym. Za moment jednak kapka sił wypełniła dygoczące ciało kobiety, kiedy podniosła ramiona w desperackim geście, by zrzucić ręce męża ze swojego czoła. - Nie dotykaj mnie - chciała zabrzmieć stanowczo, rozkazać mu, by się nie zbliżał, bo było jej wstyd. Nie chciała go w pobliżu, nie chciała, by ktokolwiek oglądał ją w tym stanie. Płacz powrócił znów, gdy zrozumiała, że to płonne próby - dłonie Williama ponownie powróciły, bo za nic miał przecież jej prośby.
Może to i dobrze. Może powinien był ją tak traktować od początku.
- Bo jestem zła - burknęła w złości, słysząc jego tłumaczenie. Prawdopodobnie mówił z sensem, ale Eden wyłapywała co drugie słowo, ciągle walcząc z własnym sercem, by przestało zagłuszać biciem całe otoczenie. Ledwie widziała zarys męża przez wzbierające w kącikach oczu łzy, które płynęły nieprzerwanym strumieniem. Miała zamiar dalej czynić mu wyrzuty, lecz poczuła, że ostatecznie przegrała, gdy objął w dłoniach jej mokrą twarz. Czy naprawdę musiała doprowadzić się do doszczętnej ruiny, by móc tego doświadczyć?
- Nie kłam. - Urwane komunikaty nie były w jej stylu, ale na więcej nie było ją stać. Potrzebowała o wiele więcej czasu, by zebrać swoje myśli, a finalnie i tak nie miała wystarczająco dużo sił, by móc je ubrać w słowa. - Nie kłam, żebym poczuła się lepiej, nie chcę twojego współczucia. Niczego już od ciebie nie chcę, rozumiesz? - Brzmiała jak obrażone dziecko, rozbeczany pięciolatek, który buntował się światu. Ale dalekie od prawdy wrażenie to nie było; dojrzałość emocjonalna Eden była na podobnym poziomie, bo i w tym wieku została pozostawiona sama sobie ze swoimi emocjami. Dyskomfort musiała ukrywać w obawie przed konsekwencjami, musiała łgać w żywe oczy, że sobie poradzi. Tak samo teraz, mówiła jedno, a chciała drugie. Chciała od niego wszystkiego.
Uniosła ponownie ręce, by zdjąć dłonie Williama z twarzy. Czuła, że płoną jej policzki, lecz nie wiedziała, czy spowodowane jest to jego ciepłem, czy wstydem. Chciała wstać i wyjść, jak za każdym razem, gdy czuła, że przegrywa walkę. Musiała się oswobodzić z jego dotyku, lecz kiedy tylko palce Eden zetknęły się z jego, nie umiała ich rozdzielić.
- Przysięgałeś, że będziesz ze mną na dobre i na złe - przypomniała mu cicho, próbując opanować oddech. - Więc czemu nigdy cię nie było? - Zapytała, patrząc na męża z bólem w oczach. Kurczowo zacisnęła swoje palce na jego dłoniach, wplatając je sprawnie, jakby chciała chwycić jego dłonie i nigdy już nie puszczać. Jakby trzymała go po raz ostatni.
Pochyliła głowę, niby bez siły a wciąż intencjonalnie, by oprzeć swoje czoło o czoło męża. Zamknęła oczy, nie będąc już dłużej w stanie utrzymywać powiek uchylonych.
- Przecież mogłabym wzniecać pożary tym, co do ciebie czuję - wyznała wreszcie, uśmiechając się blado przez łzy.
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~