Chodziło mu kiedyś po głowie, żeby zakręcić się wokół Artemis, widział w tym korzyści. I chociaż on by nigdy nie poszedł na łowcy potworów, bo zabicie jakiegoś inaczej niż w samoobronie było... nie, po prostu nie, nie wchodziło to do jego głowy, nie chciał tego akceptować. Tym nie mniej Artemis nie zajmował się tylko łowcami, ich działalność była dość szeroka. Laurent był zaś zawsze ciekaw wszystkiego i wszystkich, którzy mieli do czynienia z magicznymi stworzeniami albo coś o nich widzieli. Trochę szkoda więc, że Nicholas tutaj przyszedł z powodów prywatnych, ale nic straconego. Od słowa do słowa... przydałoby się tylko więcej czasu, dłuższą dobę, żeby być w stanie ogarnąć i osiągnąć wszystko, czego się chce. Poznać wszystkich, kogo się chce, pielęgnować relacje. Nie, tego czasu ciągle było za mało. O wiele za mało.
Spotkanie było całkowicie formalne, bo przecież miał przy sobie kogoś, kto był zainteresowany potencjalnym kupnem. Klient - kupiec. To była bardzo prosta zależność, nie miała w sobie żadnych mecyi, ich znajomość była świeża, nowa. Może się gdzieś spotkali, miał w sobie to specyficzne uczucie, ale był do niego też przyzwyczajony. Świat czarodziei czystej krwi był mały, a Laurent zjeżdżał tyle przyjęć, ile tylko mógł. Szczególnie kiedyś. Dziś jakoś nie było na to tyle tego czasu, o jakim już wspominaliśmy. Chociaż od Nicholasa bił chłód to jakoś Laurent nie czuł się odpychany. Nie rozumiał tego, ale chwilowo nie poświęcał temu myśli, bo miał ważniejsze rzeczy do roboty - czyli zatroszczenie się o to, żeby przedstawić wszystkie możliwości interesantowi przy możliwym budżecie. Tacy ludzie w końcu zazwyczaj odpychający byli - i to bardzo. Inna sprawa, że Laurenta było czasem łatwo zrazić do siebie, a czasem zadziwiająco trudno. Chyba kwestia intencji... a tutaj, mimo zimna, tego odpychania po prostu nie odczuwał.
Guinevere mu w końcu powiedziała - spotkasz kogoś, kto będzie niespodzianką. Morze cię nie zabierze, ale przyjdzie ktoś całkowicie nieoczekiwany.
Uniósł lekko brwi i spojrzał na mężczyznę trochę zaskoczony, kiedy ten nagle z takiego... zdecydowanego i konkretnego przeszedł na... zająknięcie się. Zająknął się. Niebieskooki zupełnie się tego nie spodziewał, ale bardzo szybko ściągnął zdziwienie z twarzy, nie do końca wiedząc, jak się do tej odpowiedzi ustosunkować. Bo brzmiała niepewnie. Może potrafił jeździć, ale nie był znakomitym jeźdźcem? Albo się uczył? A może... jeszcze coś innego? Ludzie miewali przeróżne fobie, więc to ten kierunek? A tu, proszę bardzo! Nicholasowi po prostu było wstyd się przyznać, że konno jeździć nie potrafił!
- Hmph. - Rumak uniósł łeb i przestąpił na ciężkich kopytach, żeby się obrócić przodem do przyglądającym się sytuacji abraksanom. Jeden z nich wyszedł trochę bardziej naprzód, jakby czujny, albo po prostu zainteresowany. - Twoje szczęście, człowieku. Inaczej bałbym się o twoje zdrowie. - Michael - któż jak Bóg. Tak, to nie było przypadkowe imię. Laurent może nie był wielkim znawcą symboliki, ale uważał, że imiona potrafiły mieć swój czar i nie nadawał przypadkowych mian. Jak na przykład Atreus nadał swojemu abraksanowi - Pałkarz. I niby wszystkim wmawiał, że to dlatego, że grał w quidditcha, ale Laurent miał wrażenie, że co innego mu chodziło po głowie...
- Michaelu, dziękuję ci za wstawiennictwo, ale wystarczy. - Laurent spojrzał na rumaka, wypowiadając te słowa ze spokojem, ale zdecydowaniem. Rumak parsknął. Zamilkł. - Przepraszam za niego. Bywa zbyt protekcyjny. Nie wszystkie abraksany z tej hodowli były prowadzone przeze mnie bezpośrednio, więc nie wszystkie mówią. - Podeszli bezpośrednio pod stado. Zostało ono zaprezentowane Nicholasowi pokrótce, Laurent nawet zachęcił mężczyznę, sprowadzając jednego ogiera, żeby go dotknął, pogłaskał, bo ten miał łagodną naturę. Nie to, co diabeł obchodzący teraz stado jak pies strażniczy. - Więc... chce się pan przejechać? - Ponowił pytanie, bo może powinien po ostatniej niepewnej odpowiedzi Nicholasa apropo jazdy.