19.09.2023, 22:51 ✶
Niewyspanie było już dla Brenny tak naturalnym stanem, że jej organizm zaczynał protestować dopiero, kiedy obywała się bez snu dwie noce. Ratowała się dużą ilością kawy, cukru oraz kalorii i na razie dawała radę całkiem nieźle. Może dzięki wrodzonej nadpobudliwości. W każdym razie niezadowolenie brata ignorowała – nie powinien narzekać, bo jego na takie mordercze wypady zabierała dość rzadko, częściej prosząc o wsparcie Mavelle albo Patricka. Mógł raz się poświęcić i dać tamtej dwójce się wyspać… Był przecież w Zakonie, żeby walczyć. Swoją rolę mógł zmienić dopiero, jak już – bo kiedyś to się stanie – istnienie Zakonu wyjdzie na jaw, będą potrzebowali dobrej prasy i twarzy, która będzie ich firmowała. Na pewno zwiększyłaby się liczna chętnych do dołączenia…
– Jeśli Voldemort faktycznie ukrył sobie tu jakiegoś olbrzyma, albo jakiś olbrzym zaszedł sobie sam na jakiś dziki spacer, chociaż mam cholerną nadzieję, że ktoś za dużo wypił i opowiada bzdury, to obawiam się, że szukałabym właśnie w jaskiniach – poinformowała Brenna, zerkając na brata. – Jeśli cię to pocieszy, to jeżeli takiego zobaczymy, spierdalamy? – dodała, bo tak, może i jej instynkt samozachowawczy nie działał najlepiej, ale jednak istniał. Pojawili się tutaj na rekonesans, nie po to, aby walczyć z istotami mającymi po kilkanaście metrów wysokości, częściowo odpornymi na czary. – Kurwa, kolejny Departament, w którym powinniśmy kogoś zwerbować – westchnęła na słowa brata i szarpnęła kosmyk włosów. Miała wrażenie, że do zrobienia jest za wiele rzeczy, mieli za mało ludzi, potrzebowali więcej ludzi, ale werbowanie ludzi też było rzeczą do zrobienia…
Pokręciła głową, otrząsając się z tych myśli, po czym – upewniwszy się, że stąd nikogo ani niczego nie widać – bez słowa znikła, z cichym trzaskiem. Tylko po to, by pojawić się kilkanaście metrów niżej, już na dnie doliny. Mgła snuła się wokół niej, sięgając mniej więcej do kolan. Brenna uniosła rękę, odwracając się do Erika i machnęła kilka razy, by zobaczył, gdzie teraz się znajduje.
A potem jej sylwetka skurczyła się gwałtownie i wilczyca o ciemnej sierści opadła na cztery łapy, by zacząć węszyć przy ziemi. Kręciła się po okolicy, szukając tropów. Zastrzygła uszami, kiedy wyłapała nietypowy zapach i pomknęła przez mgłę prosto ku skałom. Nie, Erik nie musiał się obawiać, nie znalazła żadnego olbrzyma… wtedy nie gnałaby do niego tak beztrosko, niezależnie od tego, co brat o niej myślał… ale wyczuwała woń padliny. I rzeczywiście, u stóp jednego z klifów znajdowały się resztki truchła jakiegoś sporego zwierzęcia. Na oko leżały tu dwa czy trzy dni, niewiele po nich zostało, a po resztkach krążyły owady…
Cokolwiek tego zwierzaka zabiło, na pewno potem zeżarło większość mięsa i pogruchotało kości. Erik nie musiał być magomedykiem, by móc to zauważyć.
– Jeśli Voldemort faktycznie ukrył sobie tu jakiegoś olbrzyma, albo jakiś olbrzym zaszedł sobie sam na jakiś dziki spacer, chociaż mam cholerną nadzieję, że ktoś za dużo wypił i opowiada bzdury, to obawiam się, że szukałabym właśnie w jaskiniach – poinformowała Brenna, zerkając na brata. – Jeśli cię to pocieszy, to jeżeli takiego zobaczymy, spierdalamy? – dodała, bo tak, może i jej instynkt samozachowawczy nie działał najlepiej, ale jednak istniał. Pojawili się tutaj na rekonesans, nie po to, aby walczyć z istotami mającymi po kilkanaście metrów wysokości, częściowo odpornymi na czary. – Kurwa, kolejny Departament, w którym powinniśmy kogoś zwerbować – westchnęła na słowa brata i szarpnęła kosmyk włosów. Miała wrażenie, że do zrobienia jest za wiele rzeczy, mieli za mało ludzi, potrzebowali więcej ludzi, ale werbowanie ludzi też było rzeczą do zrobienia…
Pokręciła głową, otrząsając się z tych myśli, po czym – upewniwszy się, że stąd nikogo ani niczego nie widać – bez słowa znikła, z cichym trzaskiem. Tylko po to, by pojawić się kilkanaście metrów niżej, już na dnie doliny. Mgła snuła się wokół niej, sięgając mniej więcej do kolan. Brenna uniosła rękę, odwracając się do Erika i machnęła kilka razy, by zobaczył, gdzie teraz się znajduje.
A potem jej sylwetka skurczyła się gwałtownie i wilczyca o ciemnej sierści opadła na cztery łapy, by zacząć węszyć przy ziemi. Kręciła się po okolicy, szukając tropów. Zastrzygła uszami, kiedy wyłapała nietypowy zapach i pomknęła przez mgłę prosto ku skałom. Nie, Erik nie musiał się obawiać, nie znalazła żadnego olbrzyma… wtedy nie gnałaby do niego tak beztrosko, niezależnie od tego, co brat o niej myślał… ale wyczuwała woń padliny. I rzeczywiście, u stóp jednego z klifów znajdowały się resztki truchła jakiegoś sporego zwierzęcia. Na oko leżały tu dwa czy trzy dni, niewiele po nich zostało, a po resztkach krążyły owady…
Cokolwiek tego zwierzaka zabiło, na pewno potem zeżarło większość mięsa i pogruchotało kości. Erik nie musiał być magomedykiem, by móc to zauważyć.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.