19.09.2023, 23:18 ✶
Weszła do salonu za Jeremiahem, również ubrana w mundur; zdaje się że dopiero co skończyli swoją służbę, przynajmniej na ten moment. Akurat trafili na obwieszczenie spikera – ale, choć nie były to poślednie wieści, Longbottomowie jednak koncentrowali się na czymś zgoła innym. Kimś innym. Neil nie żył.
Mavelle nie miała pojęcia, że to jest sen – już tyle razy lądowała w ciele wujka (metaforycznie, zdecydowanie metaforycznie – widziała i odczuwała to, co on, jednak wszystko działo się wyłącznie w jej głowie), że nawet śniąc – nie zdziwiła się, że widzi tak odległe czasy. Czasy, kiedy mogła być co najwyżej w planach.
Stąd też po prostu podążyła tam, gdzie prowadził ją sen – za bratem (wujkiem), bez spoglądania na własne dłonie czy też szukania jakiegokolwiek odbicia, które świadczyłoby o tym, że jest (lub nie) sobą.
Otwierała już usta, żeby dodać coś od siebie – zapewne coś w stylu, że dzięki temu może znajdą jakiś trop, jeśli da się cokolwiek z tych szczątków odczytać. Albo, że zajmie się ich sprowadzeniem tutaj, na łono rodziny. To oznaczało „trochę” pracy, zwłaszcza że jednak najpierw trzeba było spróbować znaleźć odpowiedzi na pytania, które od dawna ich nękały.
Ale w tę scenę wdarło się coś tak bardzo niepasującego… Same kroki to jeszcze nic; dom w końcu nie był zamieszkiwany jedynie przez zgromadzonych w salonie. Ale ciało, które po nich spada, nie jest bezgłośne – i to skutecznie zwróciło uwagę Mavelle.
Brenna. Nie powinna tu być, nie dorosła Brenna. Ale nie to było istotne, tylko to, że siostra znajdowała się w niebezpieczeństwie. Siostra? Przecież… nie, nieważne, sen czy jawa, wspomnienie czy nie, czegokolwiek była częścią, na pierwszy plan wysuwało się tylko i wyłącznie to: Promyczkowi coś groziło.
Ktoś.
Nie przyjrzała się zbyt dobrze temu mężczyźnie, bardziej skoncentrowana na tym, jak go powstrzymać; w jednej sekundzie chwyciła różdżkę, w kolejnej – machnęła nią, miotając zaklęcie. Nie bawiła się w zwykłe wiązanie, tylko puściła wiązkę surowej mocy, która miała go skutecznie odepchnąć od Brenny. Czy tylko walnie w te schody czy przez nie wręcz przeleci – nie obchodziło to jej wcale, byleby tylko znalazł się jak najdalej od niej.
- Brennie, jesteś cała?! – bo nie, nie stała jak kołek, tylko podbiegła do kuzynki, chcąc się upewnić, że nic jej nie jest, pomóc jej się pozbierać...
Mavelle nie miała pojęcia, że to jest sen – już tyle razy lądowała w ciele wujka (metaforycznie, zdecydowanie metaforycznie – widziała i odczuwała to, co on, jednak wszystko działo się wyłącznie w jej głowie), że nawet śniąc – nie zdziwiła się, że widzi tak odległe czasy. Czasy, kiedy mogła być co najwyżej w planach.
Stąd też po prostu podążyła tam, gdzie prowadził ją sen – za bratem (wujkiem), bez spoglądania na własne dłonie czy też szukania jakiegokolwiek odbicia, które świadczyłoby o tym, że jest (lub nie) sobą.
Otwierała już usta, żeby dodać coś od siebie – zapewne coś w stylu, że dzięki temu może znajdą jakiś trop, jeśli da się cokolwiek z tych szczątków odczytać. Albo, że zajmie się ich sprowadzeniem tutaj, na łono rodziny. To oznaczało „trochę” pracy, zwłaszcza że jednak najpierw trzeba było spróbować znaleźć odpowiedzi na pytania, które od dawna ich nękały.
Ale w tę scenę wdarło się coś tak bardzo niepasującego… Same kroki to jeszcze nic; dom w końcu nie był zamieszkiwany jedynie przez zgromadzonych w salonie. Ale ciało, które po nich spada, nie jest bezgłośne – i to skutecznie zwróciło uwagę Mavelle.
Brenna. Nie powinna tu być, nie dorosła Brenna. Ale nie to było istotne, tylko to, że siostra znajdowała się w niebezpieczeństwie. Siostra? Przecież… nie, nieważne, sen czy jawa, wspomnienie czy nie, czegokolwiek była częścią, na pierwszy plan wysuwało się tylko i wyłącznie to: Promyczkowi coś groziło.
Ktoś.
Nie przyjrzała się zbyt dobrze temu mężczyźnie, bardziej skoncentrowana na tym, jak go powstrzymać; w jednej sekundzie chwyciła różdżkę, w kolejnej – machnęła nią, miotając zaklęcie. Nie bawiła się w zwykłe wiązanie, tylko puściła wiązkę surowej mocy, która miała go skutecznie odepchnąć od Brenny. Czy tylko walnie w te schody czy przez nie wręcz przeleci – nie obchodziło to jej wcale, byleby tylko znalazł się jak najdalej od niej.
- Brennie, jesteś cała?! – bo nie, nie stała jak kołek, tylko podbiegła do kuzynki, chcąc się upewnić, że nic jej nie jest, pomóc jej się pozbierać...