19.09.2023, 23:31 ✶
Dłonie zacisnęły się na jej gardle, a na paznokcie Brenny zagłębiły się w policzku mężczyzny. Nie rozpoznała go: tutaj, teraz, we śnie, we wspomnieniu nie należącym do niej, a ujrzanym kiedyś oczyma widmowidza, nie wiedziała tego wszystkiego, z czego zdawała sobie sprawę jeszcze o zmierzchu. Wiedzieć mogła za to coś innego – że zaraz umrze. Że ten człowiek wydrze z niej życie.
A wtedy zepchnęło go z niej zaklęcie.
Uderzył o schody, ale zaraz poderwał się na równe nogi i wbiegł na górę. Oszołomiona Brenna usiadła, powoli, z bolesnym jękiem. Bolały ją żebra, kolano, gardło. Mavelle, biegnąc ku niej, minęła Jeremiaha i Elise, trzymającą w ramionach dziecko, kilkumiesięczną Brennę. Żadne z Longbottomów nie odwróciło się w jej stronę. Rozmawiali, jakby nie dostrzegali jej istnienia.
Nie była we wspomnieniu wuja.
– Mav… – wykrztusiła Brenna z trudem, dłonie odruchowo unosząc najpierw ku szyi, a potem sięgając do kieszeni, próbując znaleźć różdżkę. I poczuła ukłucie paniki, kiedy palce nie zacisnęły się na gładkim, pozbawionym ozdób drewnie. Dlaczego nie miała różdżki? Nigdy się bez niej nigdzie nie ruszała, nawet sypiała tak, by ta leżała zawsze w zasięgu dłoni. – Pobiegł na górę… ktoś jest na górze… – powiedziała, w tej przedziwnej logice snu nie będąc w stanie zrozumieć, co się dzieje. Ale skoro była tu ona i została zaatakowana, skoro była tutaj Mavelle, mógł być ktoś jeszcze.
I ten człowiek mógł skrzywdzić kogoś w ich domu.
Brenna poderwała się, mimo braku różdżki i tego, że wszystkie żebra zaśpiewały zgodnie pieśń bólu. Ruszyła pędem po stopniach, nie zastanawiając się nawet nad tym, co robi. W uszach rozbrzmiewał jej śmiech Naoise, i szum adrenaliny, kiedy wypadła na pierwsze piętro posiadłości. Drzwi na końcu korytarza – czy to nie był przypadkiem pokój Charliego? – były uchylone. Gdzieś w głowie odbiła się jej myśl, że przecież Charliego nie było tutaj w roku 1945, nie urodził się nawet… ale dezorientacja, i przedziwne poczucie zagrożenia, sprawiło, że Brenna rzuciła się w tamtą stronę. Nie czekała na Mavelle, chociaż była prawie pewna, że kuzynka przybiegnie za nią.
Przebiegła przez próg i…
…spadła w ciemność.
A świat wokół Mavelle posypał się, jak domek z kart. Ściany rozpadały się, sufit nad głową przestał istnieć, zerwał się wir, zmuszając ją na moment do przymknięcia powiek.
I kiedy otworzyła oczy, nie była już w posiadłości. Była w Kniei – dobrze sobie znanej – wyglądającej jakby właśnie przeszedł przez nią huragan.
Nigdzie nie widziała Brenny…
A wtedy zepchnęło go z niej zaklęcie.
Uderzył o schody, ale zaraz poderwał się na równe nogi i wbiegł na górę. Oszołomiona Brenna usiadła, powoli, z bolesnym jękiem. Bolały ją żebra, kolano, gardło. Mavelle, biegnąc ku niej, minęła Jeremiaha i Elise, trzymającą w ramionach dziecko, kilkumiesięczną Brennę. Żadne z Longbottomów nie odwróciło się w jej stronę. Rozmawiali, jakby nie dostrzegali jej istnienia.
Nie była we wspomnieniu wuja.
– Mav… – wykrztusiła Brenna z trudem, dłonie odruchowo unosząc najpierw ku szyi, a potem sięgając do kieszeni, próbując znaleźć różdżkę. I poczuła ukłucie paniki, kiedy palce nie zacisnęły się na gładkim, pozbawionym ozdób drewnie. Dlaczego nie miała różdżki? Nigdy się bez niej nigdzie nie ruszała, nawet sypiała tak, by ta leżała zawsze w zasięgu dłoni. – Pobiegł na górę… ktoś jest na górze… – powiedziała, w tej przedziwnej logice snu nie będąc w stanie zrozumieć, co się dzieje. Ale skoro była tu ona i została zaatakowana, skoro była tutaj Mavelle, mógł być ktoś jeszcze.
I ten człowiek mógł skrzywdzić kogoś w ich domu.
Brenna poderwała się, mimo braku różdżki i tego, że wszystkie żebra zaśpiewały zgodnie pieśń bólu. Ruszyła pędem po stopniach, nie zastanawiając się nawet nad tym, co robi. W uszach rozbrzmiewał jej śmiech Naoise, i szum adrenaliny, kiedy wypadła na pierwsze piętro posiadłości. Drzwi na końcu korytarza – czy to nie był przypadkiem pokój Charliego? – były uchylone. Gdzieś w głowie odbiła się jej myśl, że przecież Charliego nie było tutaj w roku 1945, nie urodził się nawet… ale dezorientacja, i przedziwne poczucie zagrożenia, sprawiło, że Brenna rzuciła się w tamtą stronę. Nie czekała na Mavelle, chociaż była prawie pewna, że kuzynka przybiegnie za nią.
Przebiegła przez próg i…
…spadła w ciemność.
A świat wokół Mavelle posypał się, jak domek z kart. Ściany rozpadały się, sufit nad głową przestał istnieć, zerwał się wir, zmuszając ją na moment do przymknięcia powiek.
I kiedy otworzyła oczy, nie była już w posiadłości. Była w Kniei – dobrze sobie znanej – wyglądającej jakby właśnie przeszedł przez nią huragan.
Nigdzie nie widziała Brenny…
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.