20.09.2023, 00:20 ✶
- Z Limbo nic chyba nie jest jasne i proste.
Brenna bardzo chętnie by pomogła, gdyby tylko wiedziała w jaki sposób – ale nie miała pojęcia. I chociaż miewała skłonności do narzucania innym swojego towarzystwa czy dopytywania, czy ktoś czegoś nie potrzebuje, to… wbrew pozorom doskonale rozumiała, że ktoś może żadnej pomocy sobie nie życzyć. Sama od zawsze wiele rzeczy zamykała gdzieś w najciemniejszych zakamarkach umysłu, nie mówiąc o nich nikomu, nawet Mavelle. I dorzucała tam ostatnio kolejne rzeczy, piętrzące się w mały stosik: widmową twarz dziecka z lasu, rany na rękach Charliego, ostatni uśmiech wuja, mgłę grobowca, ogień pochłaniający ciało wampirzycy, fiolkę, którą nosiła na szyi i myśl o tym, że może niedługo znów wpadnie do czyjegoś snu… i tym razem nie zdąży.
Istniały sprawy i rzeczy, które chciało się zachować dla siebie. Czasem, bo tak było lepiej, czasem, bo nie potrafiło się inaczej. I nie wpadłoby jej do głowy, usiłować z kogoś wyciągać je siłą, jeżeli tego nie chciał. Mogłaby może próbować z kimś, kogo znała lepiej, co do kogo uważałaby, że opory wynikają ze strachu, niechęci do obciążania innych, jakichś głupich przekonań... Ale przecież nie wiedziała, jak jest z nim - a nawet jej natrętność miała swoje granice.
– Powiedzmy, że była trochę popsuta – wyjaśniła oględnie, bo cisnące się na usta „pobił mnie wampir”, brzmiałoby jak na jej gust trochę nazbyt melodramatycznie. W każdym razie, skrzacia ręka wyjaśniała, dlaczego nie rozpoznał pisma i dlaczego wydawało się niemalże dziecięce… Bo tak, przejmowała się na tyle, by ostrzeżenie wysłać – pewnie zrobiłaby to nawet bez żadnych rytuałów. Na całe szczęście, nie wiedział przynajmniej, że wcześniej pytała też Macmillana, czy w tym całym kowenie wrócił do żywych. Wtedy byłaby nie tylko zmieszana, a byłoby jej zwyczajnie głupio. – Możesz być pewien, że wszyscy się dowiecie.
Jakby nie było, Zimni tkwi w tym razem, a ich spotkanie pokazywało, że zdecydowali się na współpracę. I dobrze. Victoria zdołała zebrać jakieś informacje, Bulstrode dowiedział się tego i owego od kapłanek, może komuś wreszcie uda się ustalić coś więcej?
– Przesiedziała ostatnie trzy lata w Egipcie – dorzuciła Brenna. Crouchówna wydawała się jej doskonałym wyborem właśnie dlatego, że chociaż to oni będą musieli jakoś dopasować się do kalendarza kobiety, i może trzeba będzie poczekać parę dni, to przynajmniej nie było większych szans, że cokolwiek wzbudzi jej większe zainteresowanie. Albo że wspomni o czymś ich rodzinom czy znajomym, wywołując kolejne nieporozumienia i zamieszanie, podobne do tego, jakie ostatnio spowodowali w Ministerstwie… tak naprawdę o głupotę. Poza tym, skoro radziła sobie ze starożytnymi przekleństwami, miała doświadczenie w nietypowych przypadkach.
Tak, chciała się odwrócić i odejść. Może nawet uciec. Zatrzymała zamarła jednak w pół ruchu. Nie cofnęła i ręki: może wiedziona tym paskudnym, po beltanowym uczuciem, może bo łapanie ludzi za rękę nie było nigdy dla niej niczym nienaturalnym, a może po prostu… bo sądząc po tym, co mówił wcześniej, w jakiś sposób go ruszało, że ludzie cofali się na jego dotyk. A w jej przypadku akurat zimno naprawdę było najmniejszym problemem w przypadku tego gestu.
– Lauri już mi podziękował – wymamrotała, tym podziękowaniem znowu zbita z tropu, bo chociaż spodziewała się, że zgłoszenie wpłynie, to zakładała, że on raczej tej sprawy nie dostanie. Jakoś nie pomyślała nawet, że Laurent był jego kuzynem, chociaż wiedziała o tym przecież. W Hogwarcie jej relację z młodym Prewettem dało się określić jako przyjaźń, a jakaś część Brenny żałowała, że więzi się rozluźniły… i zawsze miała się o niego martwić. Co do licha miała powiedzieć? „Nic wielkiego?” „To nieważne”. Zważywszy na kontekst brzmiałoby to jeszcze gorzej niż „przywalił mi wampir”. – Dbajcie o niego. To kochany chłopak.
Który uważał, że zasługuje na to, żeby umrzeć i prosił ją o kwiaty na swój grób. Kolejny drobiazg, tkwiący gdzieś w głowie, który chwilami wciąż obracała w umyśle.
Bo dlaczego Laurent Prewett uważał, że nie zasługuje na życie?
Brenna bardzo chętnie by pomogła, gdyby tylko wiedziała w jaki sposób – ale nie miała pojęcia. I chociaż miewała skłonności do narzucania innym swojego towarzystwa czy dopytywania, czy ktoś czegoś nie potrzebuje, to… wbrew pozorom doskonale rozumiała, że ktoś może żadnej pomocy sobie nie życzyć. Sama od zawsze wiele rzeczy zamykała gdzieś w najciemniejszych zakamarkach umysłu, nie mówiąc o nich nikomu, nawet Mavelle. I dorzucała tam ostatnio kolejne rzeczy, piętrzące się w mały stosik: widmową twarz dziecka z lasu, rany na rękach Charliego, ostatni uśmiech wuja, mgłę grobowca, ogień pochłaniający ciało wampirzycy, fiolkę, którą nosiła na szyi i myśl o tym, że może niedługo znów wpadnie do czyjegoś snu… i tym razem nie zdąży.
Istniały sprawy i rzeczy, które chciało się zachować dla siebie. Czasem, bo tak było lepiej, czasem, bo nie potrafiło się inaczej. I nie wpadłoby jej do głowy, usiłować z kogoś wyciągać je siłą, jeżeli tego nie chciał. Mogłaby może próbować z kimś, kogo znała lepiej, co do kogo uważałaby, że opory wynikają ze strachu, niechęci do obciążania innych, jakichś głupich przekonań... Ale przecież nie wiedziała, jak jest z nim - a nawet jej natrętność miała swoje granice.
– Powiedzmy, że była trochę popsuta – wyjaśniła oględnie, bo cisnące się na usta „pobił mnie wampir”, brzmiałoby jak na jej gust trochę nazbyt melodramatycznie. W każdym razie, skrzacia ręka wyjaśniała, dlaczego nie rozpoznał pisma i dlaczego wydawało się niemalże dziecięce… Bo tak, przejmowała się na tyle, by ostrzeżenie wysłać – pewnie zrobiłaby to nawet bez żadnych rytuałów. Na całe szczęście, nie wiedział przynajmniej, że wcześniej pytała też Macmillana, czy w tym całym kowenie wrócił do żywych. Wtedy byłaby nie tylko zmieszana, a byłoby jej zwyczajnie głupio. – Możesz być pewien, że wszyscy się dowiecie.
Jakby nie było, Zimni tkwi w tym razem, a ich spotkanie pokazywało, że zdecydowali się na współpracę. I dobrze. Victoria zdołała zebrać jakieś informacje, Bulstrode dowiedział się tego i owego od kapłanek, może komuś wreszcie uda się ustalić coś więcej?
– Przesiedziała ostatnie trzy lata w Egipcie – dorzuciła Brenna. Crouchówna wydawała się jej doskonałym wyborem właśnie dlatego, że chociaż to oni będą musieli jakoś dopasować się do kalendarza kobiety, i może trzeba będzie poczekać parę dni, to przynajmniej nie było większych szans, że cokolwiek wzbudzi jej większe zainteresowanie. Albo że wspomni o czymś ich rodzinom czy znajomym, wywołując kolejne nieporozumienia i zamieszanie, podobne do tego, jakie ostatnio spowodowali w Ministerstwie… tak naprawdę o głupotę. Poza tym, skoro radziła sobie ze starożytnymi przekleństwami, miała doświadczenie w nietypowych przypadkach.
Tak, chciała się odwrócić i odejść. Może nawet uciec. Zatrzymała zamarła jednak w pół ruchu. Nie cofnęła i ręki: może wiedziona tym paskudnym, po beltanowym uczuciem, może bo łapanie ludzi za rękę nie było nigdy dla niej niczym nienaturalnym, a może po prostu… bo sądząc po tym, co mówił wcześniej, w jakiś sposób go ruszało, że ludzie cofali się na jego dotyk. A w jej przypadku akurat zimno naprawdę było najmniejszym problemem w przypadku tego gestu.
– Lauri już mi podziękował – wymamrotała, tym podziękowaniem znowu zbita z tropu, bo chociaż spodziewała się, że zgłoszenie wpłynie, to zakładała, że on raczej tej sprawy nie dostanie. Jakoś nie pomyślała nawet, że Laurent był jego kuzynem, chociaż wiedziała o tym przecież. W Hogwarcie jej relację z młodym Prewettem dało się określić jako przyjaźń, a jakaś część Brenny żałowała, że więzi się rozluźniły… i zawsze miała się o niego martwić. Co do licha miała powiedzieć? „Nic wielkiego?” „To nieważne”. Zważywszy na kontekst brzmiałoby to jeszcze gorzej niż „przywalił mi wampir”. – Dbajcie o niego. To kochany chłopak.
Który uważał, że zasługuje na to, żeby umrzeć i prosił ją o kwiaty na swój grób. Kolejny drobiazg, tkwiący gdzieś w głowie, który chwilami wciąż obracała w umyśle.
Bo dlaczego Laurent Prewett uważał, że nie zasługuje na życie?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.