Do rozpoczęcia jego honorowego pojedynku z Lestrangem zostało mu jeszcze niespełna dwa kwadranse i co rusz do niego ktoś podchodził, chcąc wymienić z nim uścisk rąk, życzyć mu powodzenia albo zdobyć jego autograf. Jeszcze nie zdarzyło się, aby odmówił komuś swojego autografu. Rozdawał równie chętnie uśmiechy, czując się jak ryba wodzie w tym tłumie ludzi. Pośród wzbierających się pierwszych gości, tu i ówdzie szło dostrzec trzymających się razem fanów Zjednoczonych z Puddlemere, których dawało się rozpoznać po nieodłącznych szalikach w barwach ich ulubionej drużyny. W przypadku niektórych to jeszcze po rzucaniu mało przychylnych spojrzeń Lestrange'owi oraz temu małemu tłumkowi, jaki się wokół niego gromadził.
Podobnie, jak jego oponent, czekał w wydzielonej strefie na swoich gości. Były to wszystkie osoby, którym w ostatnim czasie wysłał imienne zaproszenia, gwarantujące dostęp do loży honorowej. Osobne wejście, co wiązało się z brakiem kolejek i zniesieniem obowiązku zostawienia w szatni okryć wierzchnich oraz oferowany przez obsługę aperitif. Takiego zaproszenia nie wypadało nie przyjąć.
Pośród zasiadających na widowni gości Philip nie chciał spostrzec Aarona Skeetera, naczelnego gumowego ucha Proroka Codziennego i zarazem autora kilku niepochlebnych artykułów na jego temat temat. O ile miał pewność, że dziennikarska wesz nie zostanie wpuszczona na teren hali widowiskowej, tak doskonale wiedział że on znajdzie jakiś sposób na to aby dopiąć swego i wysmażyć jakąś rewelację na jego temat, w której na próżno szukać sensu.
Zgodnie z tradycją wyniesioną z Klubu Pojedynków, Philip na czas trwania tego wydarzenia na czarną koszulę nałożył przyozdobiony herbem swojej rodziny bordowy dublet oraz ciemne spodnie. Przez jego lewe ramię, w dół pleców swobodnie układała się uszyta z lekko połyskliwego materiału pod kolor noszonego przez niego stroju. Zamierzał zdjąć ją tuż przed wejściem na podium, tak aby nie przeszkadzała mu podczas potyczki.
— Gotowy? — Zwrócił się do swojego sekundanta. Pod względem doświadczenia w pojedynkach nie mógł lepiej trafić. Znali się z klubu pojedynków i z klubu podróżniczego. — Liczę jednak na to, że nie będzie konieczne byś wkroczył na arenę — Dodał po chwili, starając się zakładać ten optymistyczny scenariusz, w którym jego sekundant będzie mógł jedynie obserwować to widowisko i korzystać z umiarem mini baru.
Nie czuł tremy przed kolejnym publicznym wystąpieniem, strach był mu obcy... jedynie niepokoiło go, że Lestrange nie był godny zaufania i w jego oczach był osobą, która była gotowa złamać zasady obowiązujące podczas tego pojedynku. Zwłaszcza w obliczu swojej porażki. On natomiast zrobi wszystko, aby wygrać. Jednak dla niego tego typu zasady stanowiły pewną świętość.