Elegancki wóz zaprzęgnięty w abraksany przeleciał po ciemnym niebie nad głowami zebranych z szumem potężnych skrzydeł bijących w powietrze i na moment przysłaniając firmament rzuciły cień na ulicę. Gładkie podejście do lądowania miało miejsce kawałek dalej, gdzie było na to miejsce i gdzie ludzie nie kłębili się, próbując kupić bilety i dostać się do środka. Takim sposobem powóz opatrzony godłem rodziny Prewett, bogato zdobiony, ale i nieprzesadnie, ze smakiem, wjechał na ulicę Horyzontalną, niosąc ze sobą stukot podkutych kopyt i zatrzymał w odpowiednim miejscu. Woźnica zeskoczył z kozetki i otworzył drzwiczki. Laurent wysiadł jako pierwszy, by zaraz wyciągnąć dłoń w kierunku Victorii, jego Królowej Nocy, z subtelnym uśmiechem wymalowanym na ustach. Pomógł jej wysiąść i biorąc pod ramię poprowadził w kierunku wejścia do hali. Wejście do wnętrza było już tylko formalnością, kiedy dumni czarodzieje podali swoje imienne zaproszenia, żeby zagłębić się w tę pełną życia przestrzeń. Para na milion galeonów.
Laurent preferował biele, beże, odcienie jasne, ale tym razem przybrał ciemno-niebieski garnitur, który wyglądał jak gładka skóra smoka czy węża, dopiero z niego zdjęta. A czy z niej była to już można się domyślać. Czarna koszula, subtelne, złote dodatki, idealnie komponowały go z czarną kreacją jego pary na ten wieczór. I przede wszystkim doskonale kontrastrowały i podkreślały jasność jego morskich oczu migoczących w tych sztucznie wyczarowanych światłach jak morskie fale pod dotykiem promieni słońca oraz platynę włosów. Wszelkie niedoskonałości, blizny i siwe włosy, były skutecznie zamaskowane, czy raczej - "poprawione" zaklęciem transmutacyjnym, by na czas tej imprezy nie miały swojego miejsca bytu. Och, oczywiście cały ten wjazd, ta pokazówka, była w pełni zamierzona, a obecność Victorii wręcz strategiczna, więc Laurent naprawdę był rad, że go zaprosiła. Piękna, cudowne towarzystwo i jeszcze teraz skupiała na sobie sporo uwagi czarodziejskiej gawiedzi. Tak, zdecydowanie nie było się już co ukrywać bardziej ze znajomością. Szczególnie, że teraz już nie było czego ukrywać. Jak zawsze dawał jej czas, żeby nabrała równowagi po jeździe powozem, której naprawdę nie lubiła.
- Czy chciałabyś znaleźć twojego kuzyna? - Nie to, żeby Louvain był mu wieelce obcy, dzielili razem ten sam dom, tylko rok różnicy, w dodatku był to przyjaciel kogoś, kto dla Laurenta był kuzynem na papierze, a bratem w sercu. Tak samo jak Florence była niby jego kuzynką, a miał w zwyczaju mówić o niej per "CIOCIA", a myśleć jak o matce. Czasem miał wrażenie, że jest bliżej Bulstrodów niż własnej rodziny. Nie licząc jego ukochanej Pandory. Wzdrygnął się lekko spoglądając na scenę. - Doprawdy, mężczyźni nie przestaną mnie zadziwiać ze swoją potrzebą do rozwiązywania konfliktów za pomocą przemocy... - Rozglądał się spokojnie za znajomymi twarzami. Najbardziej za Louvainem (a raczej Atreusem) i Philipem.