Laurent otwarcie stawiał granice. Nie wślizgiwał się jak wąż, spijając co się dało spomiędzy wierszy. Crouch poczuł się bezpiecznie w jego towarzystwie. Być może jeszcze nie całkowicie swobodnie, za bardzo poczuwał się do stanowiska gospodarza.
Skinął głową słysząc komplement, obrał go za szczery.
— Zdaje mi się, że nie byłoby panu ciężko wejść w tą rolę, ale nie byłoby to dobrym rozwiązaniem, obarczać gościa pracą — odpowiedział spokojnie. — Lubi pan tego typu wydarzenia?
Chciał poznać jego doświadczenie, być może Laurent podsunie mu jakąś inspirację.
Czy jest romantykiem? W pierwszej chwili zaprzeczyłby ale zdawał sobie sprawę, że byłoby to kłamstwo.
— Tak, zapewne można mnie tak określić — odpowiedział po chwili zawahania. — Sam jednak nazwałbym to bardziej wrażliwością na piękno otaczającego świata.
Taka mogłaby być definicja romantyka, lecz zbyt często wiązano ją z uniesieniami międzyludzkimi. A te tak bardzo go już nie interesowały.
— Jedno i drugie. Bycie na morzu jest jak bycie poza przestrzenią, w zupełnie innym wymiarze. Dotyk wiatru potwierdza jednak ciało w świadomości, że to wszystko wciąż się dzieje, że to nie sen. Jednocześnie interesująco jest poznać wiatr wiejący swobodnie, nie stłamszony przez kamienice Londynu.
Koncert ustał. Martin Crouch przeprosił rozmówcę i stanął obok Rhiannon, której występ zwieńczony był oklaskami.
— Bardzo dziękujemy za ten piękny koncert, panno Pettigew — zwrócił się do czarownicy, po czym odwrócił się do zebranych. Na moment go zamurowało. Tyle osób patrzyło się właśnie na niego. Skupił wzrok na ścianie za nimi. — Dziękuję państwu za wzięcie udział w tej części rejsu. Zapraszam teraz do baru lub poczęstunek w jadalni. Do zobaczenia jutro na śniadaniu, które podawane będzie od siódmej do dziesiątej.
Skłonił lekko głowę i usunął się w cień. Goście zaczęli rozchodzić się w różne miejsca statku, by miło spędzić resztę wieczora.