Nadszedł ten wyczekiwany dzień pojedynku jego brata z Philipem Nottem. Nie uszło uwadze, że wśród niektórych pracowników Ministerstwa, mówiło się o tym wydarzeniu, jako że prorok codzienny postanowił opisać ten pojedynek, jako jeden z ważnych wydarzeń świata czarodziejów. Nie tylko rozmawiano o tym jako o miejscu, gdzie można się odprężyć, oglądając pokaz na żywo. Laurence brał to wydarzenie poważnie, również pod względem bezpieczeństwa samej publiczności, biorąc pod uwagę wydarzenia, z ostatnich miesięcy. Nigdy nie wiadomo co może się zdarzyć, a skupisko czarodziejów może być duże. Nie tylko zobaczyłby tam swoją rodzinę w tym rodzeństwo, kuzynostwo, czy też rodziców. Na ten dzień, wyznaczył niewielką grupę uzdrowicieli od siebie, aby mieli czujne oko, na wypadek gdyby coś się stało. Być może ze szpitala św. Munga kogoś też wyślą. Lepiej dmuchać na zimne. Informacja też poszła do biura aurorskiego.
Na miejsce, Laurence przybył ze swoim synem Louisem. Pięciolatek był ubrany w chabrowy garnitur z białą koszulą, uszyty specjalnie na takie uroczystości, aby godnie się prezentował, jako młodszy członek rodziny Lestrange. Uczesany i zadbany, szedł obok swojego ojca, trzymając się go jak najbliżej. Laurence z kolei miał na sobie czarny garnitur ze złotymi dodatkami, wykańczającymi jego kołnierz od marynarki i mankietów, które miały być kolorystyczną symboliką jego barw rodziny. Podkreślało to także jego status i stanowisko. To że miał siwe kosmyki włosów, nie przeszkadzały mu a jednocześnie dodawały charakteru dojrzałości. Doświadczenia nabytego ciężką pracą, edukacją i stresem.
Znajdując się na czerwonym dywanie, rzucił spojrzeniem w stronę kolejki chętnych do zakupienia biletów. Jego syn aż z podziwu otworzył oczy widząc tyle ludzi. Mając zaproszenie, wchodzili niczym VIPy. Laurence pokazał świstek osobie przepuszczającej, która potwierdziła jego godność i zaprosiła do środka. Tam kolejna osoba pokierowała ich dalej. Być może dzieci nie powinno zabierać się na pojedynki, ale to już w sumie czas, aby zrozumieli jak wyglądają takie spotkania. Jak naprawdę wygląda świat czarodziejów.
Oczy dziecka próbowały wyłapać znajome twarze. Szukało wujków i ciotek. Bo przecież tata mówił, że będzie tu jego cała rodzina! Laurence witany był przez nie jednego tutaj obecnego czarodzieja. Również dostrzegł obecność kuzynostwa, popijającego trunek. Rabastan, Bellatrix. Skinął im głową w powitaniu. Jeżeli nikt na dłużej nie planował go zatrzymać, aby wymienić parę słów, Laurence skierował się ze swoim synem w kierunku trybun. Wydzielonej części dla VIPów, aby zająć swoje miejsca. Już na sam widok wielkiej auli do walk, mały Louis aż nie mógł oderwać oczu z podziwu.