Brylował między tymi abraksanami, a one, zaklęte, robiły co chciały. Nie musiał nawet wydawać poleceń - on szedł do przodu, one się wycofywały. On skręcał, one szły za nim. Poruszały się w rytm jego ruchów i doskonale wiedziały, kiedy chce, żeby się odsunęły, a kiedy chciał je do siebie przyciągnąć, jakby trzymał je na niewidzialnej smyczy, która pozwalała mu nimi dowodzić. Ale nie było żadnej smyczy i nie było żadnego czaru. To było tylko, albo aż, zrozumienie tych zwierząt tak samo, jak one rozumiały jego. Czego od nich oczekuje, a czego nie chce - przekazy były proste, choć człowiek, nie wiedząc na co patrzył, nie mając doświadczenia, widział... czar. Światło dnia błyszczące na białych, perłowych i kremowych futrach tych potężnych stworzeń, które wydawały się móc złamać drobną Lukrecję jednym uderzeniem kopyta, a które zamieniały się przy nim w łagodne zajączki, które każdym swoim ruchem okazywały sympatię. Michael się nie wyróżniał. Laurent dowodził więc tymi aniołami i archaniołem stojącym na ich straży pamiętając, że każdy diabeł był kiedyś w Niebie - i stoczył się z tego Nieba wraz z pierwszym wężem, którego łeb przygniotła boska boga. Trzymał dłonie na abraksanach i pozwalały one bez żadnych obiekcji na to, żeby dotknął ich gładkiego, ciepłego futra, pod którym rysowały się mięśnie, również i Nicholas. Wpuszczanie Diabła do raju nie było bezpieczne. A może było właśnie tak, jak mówił Michael. Niebezpiecznie było pojedynczemu Diabłu w Raju.
Ludzie miewali o sobie różne mniemanie. Jedni byli naprawdę dobrzy, ale świat poskąpił im miłości i uważali, że są naprawdę źli. Inni byli naprawdę źli, ale nikt nie nauczył ich moralności i uważali, że są dobrzy. Co znaczyły więc słowa Nicholasa? Jakim człowiekiem był? Co skrywał? To zimne spojrzenie wcale nie musiało skrywać kogoś bezdusznego, a Michael... Michael spoglądał na większość ludzi z góry. Chyba że okazano mu należyty szacunek. Chyba tylko jednego Kaydena polubił od razu, bo ten mu się skłonił. Och, siłę Michaela przeganiało tylko jedno - jego ego. Rumak prychnął i wyprostował się tak, że widać było, że jest zadowolony z przyznanej mu racji. I paradoksalnie przychylniej przez to spojrzał na samego Nicholasa. Nic więcej nie mówił. Bo otwartość intencji w tym wypadku była dla tego rumaka godna szacunku. Sytuacja była jasna - miał na niego oko. Tyle wystarczyło wiedzieć. A przynajmniej im, bo blondyn zapisał sobie to w głowie jako mocną uwagę.
- Proszę, nie żartuj tak... - Odezwał się łagodnie, mleko i miód na obolałe gardło działało równie łagodząco jak ten ton na duszę. Wlewający się przez bębenki uszne, ukojenie dla strudzonych i zmęczonych. Żartowanie ze śmierci było okrutne. - Żadna istota nie skrzywdzi cię w mojej obecności. - Nie przypadkiem. Bo w razie zagrożenia... ale to przecież była inna bajka. Tutaj mówili o sytuacji, w której któryś z abraksanów mógłby chcieć wyrządzić mu krzywdę. Gdyby Nicholas spadł z grzbietu to też by pewnie krzywdę sobie zrobił, ale to również inna sprawa. Kontekst tej wypowiedzi był bardzo istotne. Och, nawet nie wiesz, jak bardzo. - To tylko częściowa prawda. - Lukrecjo..? Przechylił lekko głowę, odstępując od rumaków. - Stworzenia magiczne są inteligentne, ale nadal najważniejszy jest dla nich instynkt. To, co wyczuwają od człowieka, często dyktowane jest ich własnymi upodobaniami albo nieświadomymi sygnałami, jakie ciało nadaje. A czasem świadome, tylko stworzenia nie są w stanie tego przeanalizować. Człowiek jest złożoną jednostką, gdzie nie da się mówić o płaskości osobowości. - Cóż, nie mógł powiedzieć, żeby był specjalistą, medykiem, lekarzem, a tym bardziej że posługiwał się profesjonalnymi zwrotami zgodnymi z Encyklopedią. Natomiast wytłumaczył to w jak najbardziej przystępny sposób i miał nadzieję, że Nicholas to zrozumie i nie pozostanie zrażony. - Miałem takie przeczucie, kiedy Pana zobaczyłem, że się znamy... niewiele osób już tak do mnie mówi. - Powiedział to niby trochę ze śmiechem, ale ta flaga powiała trochę mocniej, kiedy zrobił kolejny krok w stronę Nicholasa i bardzo, baaardzo uważnie mu się przypatrywał. Jakby chciał wlać się do jego duszy, dotknąć ją, zbadać. Zrozumieć.
- Królowa Śniegu? Nie spodziew... - Tak, w pierwszej chwili się zaśmiał i rzeczywiście błysnęły jego oczy, rozbawione. No bo - kto poruszał bajki w dzisiejszych czasach z ludzi dorosłych? Ale to była pierwsza chwila. W drugiej cała ta sympatia, ten uśmiech, to wszystko... po prostu zniknęło. Porwane przez morski wiatr i poplątane między połamanymi gałęziami i podeptaną przez kopyta trawą. Zgroza. Laurent wręcz zadrżał, tak jak zaczęły drżeć jego dłonie, kiedy część obrazów zalewała jego głowę, całkiem niechcianych. Zrobił dwa malutkie kroki w tył na miękkich nogach. I zatrzymał się. Zacisnął palce na drugiej dłoni przed sobą. Zagwizdał. - Dante cię przysyła? - Zabrzmiał ostro, chłodno. Abraksany zarżały i rozstąpiły się w nagłym ruchu, część z nich odbiegła w szybkim zrywie.