20.09.2023, 18:05 ✶
Coraz wyraźniej dostrzegała, że nie było to wspomnienie wuja, ale też sny rządziły się swoją logiką. Dość świadoma, żeby się zorientować, iż trzeba działać (albo: to było tak mocno wdrukowane w istotę Mavelle, że żadna inna opcja naprawdę nie wchodziła w grę), nie dość jednak, żeby się zorientować, że wszystko było jedynie fałszem.
Jedynie fałszem...?
Świt nowego dnia miał przynieść odpowiednie wyjaśnienie; póki co, zdawała się płynąć z nurtem snu.
- Zostań tutaj - poleciła cicho, stanowczo, dotykając lekko ramienia kuzynki. Krótki gest wsparcia, obietnica, że się tym zajmie, że sprawdzi, że nie pozwoli, aby ten, z kim miały teraz do czynienia, uciekł bez konsekwencji. Lub żeby mógł tak po prostu grasować po ich domu; i nie wiadomo jeszcze, co mu strzeli do głowy, kogo jeszcze zechce skrzywdzić. I poderwała się, żeby pognać po schodach; przeskakiwać po dwa, czasem nawet i trzy stopnie. Byle szybciej, byle dorwać, byle ochronić dom i jego domowników - niezależnie od tego, kiedy dokładnie się znajdowała.
Ale oczywiście że Brenna nie pozostała na miejscu, również musiała się rwać do działania (i nawet tak do końca nie potrafiła jej mieć tego za złe, choć powinna zarobić porządna burę - spadła ze schodów, być może zaznała jakiejś większej krzywdy, a pchanie się do działania mogło wyjść teraz bokiem); jeszcze trochę, jeszcze parę kroków...
... wir.
Świat się rozpadał, ale ten cholerny wir przywołał inne wspomnienie. I żeby było "zabawniej" - po uniesieniu powiek przekonała się, że trafiła dokładnie do miejsca, które kojarzyła z wirem. Knieja, Polana, Limbo.
Rozejrzała się, próbując nie panikować.
- Brennie? - zawołała, węsząc przy tym, usiłując pochwycić trop. Czy siostra tu była? Czy zostały rozdzielone przez nieznane jej siły? Ruszyła powoli, starając się dostrzec cokolwiek, wywęszyć cokolwiek, co by świadczyło o bliskości Longbottom.
Lub że jest tu całkiem sama.
Jedynie fałszem...?
Świt nowego dnia miał przynieść odpowiednie wyjaśnienie; póki co, zdawała się płynąć z nurtem snu.
- Zostań tutaj - poleciła cicho, stanowczo, dotykając lekko ramienia kuzynki. Krótki gest wsparcia, obietnica, że się tym zajmie, że sprawdzi, że nie pozwoli, aby ten, z kim miały teraz do czynienia, uciekł bez konsekwencji. Lub żeby mógł tak po prostu grasować po ich domu; i nie wiadomo jeszcze, co mu strzeli do głowy, kogo jeszcze zechce skrzywdzić. I poderwała się, żeby pognać po schodach; przeskakiwać po dwa, czasem nawet i trzy stopnie. Byle szybciej, byle dorwać, byle ochronić dom i jego domowników - niezależnie od tego, kiedy dokładnie się znajdowała.
Ale oczywiście że Brenna nie pozostała na miejscu, również musiała się rwać do działania (i nawet tak do końca nie potrafiła jej mieć tego za złe, choć powinna zarobić porządna burę - spadła ze schodów, być może zaznała jakiejś większej krzywdy, a pchanie się do działania mogło wyjść teraz bokiem); jeszcze trochę, jeszcze parę kroków...
... wir.
Świat się rozpadał, ale ten cholerny wir przywołał inne wspomnienie. I żeby było "zabawniej" - po uniesieniu powiek przekonała się, że trafiła dokładnie do miejsca, które kojarzyła z wirem. Knieja, Polana, Limbo.
Rozejrzała się, próbując nie panikować.
- Brennie? - zawołała, węsząc przy tym, usiłując pochwycić trop. Czy siostra tu była? Czy zostały rozdzielone przez nieznane jej siły? Ruszyła powoli, starając się dostrzec cokolwiek, wywęszyć cokolwiek, co by świadczyło o bliskości Longbottom.
Lub że jest tu całkiem sama.