W przeciwieństwie do reszty zawodników Erik postanowił odwrócić się plecami do tradycji związanej z przywdzianiem dubletu typowego dla przedstawicieli Srebrnych Różdżek. Naturalnie, rozumiał chęć pokazania przynależności do tego elitarnego klubu, jednak jego zdaniem mijało się to trochę z celem, skoro postanowiono z pojedynku zrobić przedstawienie poza murami głównej siedziby klubu. Chociaż opuszczając po południu rezydencję, mężczyzna musiał wysłuchać wywodu od samego Godryka Longbottoma, tak postanowił nie ugiąć się pod sugestiami dziadka. Zamiast tego postawił na swoje własne przeczucie.
Takim oto sposobem wylądował w hali ubrany w wyjątkowo jasne barwy. Jego biała koszula kontrastowała z brązową kamizelką, a kremowa marynarka pasowała do lnianych spodni tego samego koloru. Jego jasno-brązowe buty i pasek dopełniały całości. Zdecydowanie odcinał się od reszty, zwłaszcza w zestawieniu z Philipem, który stał tuż obok, witając się ze swoimi fanami i innymi gośćmi, którym przyjdzie stać się świadkami pojedynku.
Przyszło sporo ludzi, pomyślał i momentalnie zdał sobie sprawę z irracjonalności tego stwierdzenia. Oczywiście, że przyszło sporo ludzi. Afera walki o honor Loretty Lestrange została rozdmuchana do tego stopnia, że ciągnęło do tego miejsca ludzi, których nie mieli nic wspólnego z tym wydarzeniem. I żadna ze stron zapewne nie szczędziła papieru na personalne zaproszenia, biorąc pod uwagę, że prywatne loże zdawały się pękać w szwach. Erik pozwolił sobie na zaproszenie Elliota, chociaż w gruncie rzeczy nie wiedział, w której części widowni wyląduje. Bądź co bądź, Louvain był jego krewniakiem przez małżeństwo Eden z Williamem. Omiótł wzrokiem gości, szukając znajomej blond czupryny.
— Jestem. Chociaż to chyba ja powinienem cię o to pytać, Philipie. — Uśmiechnął się półgębkiem, opierając dłonie na biodrach. Rozejrzał się po tłumie, jednak nawet nie próbował zliczyć, ile ludzi się tu koniec końców zebrało. A drugie tyle pewnie czekało na samej Horyzontalnej. — A więc?
Spojrzał na Notta pytająco. Nie byli bardzo bliskimi przyjaciółmi, jednak poruszali się w podobnym towarzystwie. Srebrne różdżki, klub podróżniczy... To wskazywało, że mieli ze sobą całkiem sporo wspólnego, jednak wiele wskazywało, że też sława sama w sobie zdawała się krzyżować ich ścieżki. Brenna powinna być dumna, pomyślał przelotnie. Wątpił, aby nawet ona przewidziała, że w pierwszych tygodniach „wybijania się na pierwszy plan” wyląduje w samym środku kłótni przedstawicieli dwóch szanowanych rodów. Piękne odwracanie uwagi od reszty rodziny.
— Nie lekceważ Lestrange'a — kontynuował, tym razem nieco bardziej poważnym tonem. — Jest tutaj, żeby bronić imienia swojej siostry. To potężna motywacja, zwłaszcza w obecnych czasach. — Wskazał ruchem głowy na kolejnych gości (kibiców?). — Dobrze, że do mediów nie wypłynęło więcej szczegółów. Wtedy przerodziłoby się to w spór, kto miał rację. Teraz szukają po prostu widowiska. Postaraj się im je dać. Może nie zaczną ciskać w nikogo zgniłymi pomidorami.
Uśmiechnął się niewinnie. Chciał wierzyć, że społeczność czarodziejów i czarownic miała więcej klasy, jednak miał też świadomość tego, że brak satysfakcji na takim wydarzeniu mógł być brzemienny w skutkach. Gdyby walka zakończyła się po wymianie dwóch zaklęć, pojedynek pozostawiłby po sobie jedynie niesmak u publiczności. Skoro Nott i Lestrange postanowili zrobić z tego show, to musieli też podejść do tego w ten sam sposób.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞