20.09.2023, 18:22 ✶
Zapach krwi.
Wgryzał się w nozdrza. Umiera tam jakieś dziecko, powiedział duch. Brenna przyspieszyła, przebiła się przez krzewy, w jej wilcze uszy wdarł się płacz dziecka, bogowie, żyło i...
...rozpaczliwa nadzieja zgasła natychmiast, gdy zobaczyła pod drzewem ducha.
Spóźnili się.
Znowu się spóźniła.
Przemieniła się. Rozejrzała się, jakby w nadziei, że to jakaś pomyłka. Że zobaczy jakieś inne dziecko, potrzebujący pomocy, zobaczy tego psa, o którym wspomniał duch, że ten duch jest tutaj od bardzo dawna, że to nie na pomoc jemu zostali wysłani. Nie było jednak niczego. Tylko samotne widmo, przerażone tym, że straciło matkę. Tylko ślad krwi na drzewie.
Brenna zrobiła kilka kroków w stronę chłopca, a potem, bez słowa, osunęła się po prostu kolana tuż przed nim. Może przemiana w wilka i ten szaleńczy bieg odebrały jej wszystkie siły, a może to widok tego ducha sprawił, że to, co napędzało ją do tej pory, pozwalając przezwyciężyć zmęczenie, uleciało ostatecznie, pozostawiając Brennę bez choćby odrobiny energii. Nogi po prostu ugięły się pod nią nagle, odmawiając posłuszeństwa. Bodaj po raz pierwszy w życiu, bo Brenna przecież zawsze działała, nieważne, co się stało.
Knieja szumiała nad głową Brenny, klęczącej na trawie. Wokół pełno było połamanych gałęzi, śladów niedawnej wichury. Mundur Brygady, który miała na sobie kobieta, był ubabrany ziemią i tu i ówdzie pokryty krwią - choć nie jej własną, bo nie wyglądała na ranną. Jedynie włosy miała trochę przypalone.
Dzień po Beltane.
Duch małego chłopca płakał pod drzewem, kiedy Brenna klęczała, przypatrując się mu, niezdolna do wykonania ruchu. Nie pamiętała: nie pamiętała, że od Beltane minęło półtora miesiąca. Nie pamiętała, że śpi, nie pamiętała, że ledwo chwilę temu próbowano ją zabić. We własnym umyśle znów przeżywała ten sam dzień. Czuła to samo, co wtedy. Myślała to samo, co wtedy.
Nie odwróciła się nawet, kiedy krzewy za nią zaszeleściły, kiedy usłyszała za sobą kroki Samuela Carrowa...
...a przecież powinna się odwrócić.
Błysnął uniesiony nóż. Może wyłapała kątem oka ten ruch, może właśnie błysk słońca w ostrzu, a może zadziałał instynkt, ale poruszyła się w ostatniej chwili i tylko dzięki temu ostrze nie trafiło tam, gdzie trafić miało, a w okolice łopatki. Z ust Brenny wyrwał się krzyk, kiedy napastnik cofnął nóż, chcąc ponowić atak.
Przetoczyła się po ściółce, plamiąc ją krwią. Sięgnęła po różdżkę, miała ją przecież, ledwo parę chwil temu... ale różdżki nie było. I nagle czuła już nie tylko ból od rany zadanej tutaj, teraz. Gardło miała ściśnięte, obolałe, żebra i biodra oraz policzek poobijane od niedawnego upadku. Nie była w stanie walczyć i kiedy ciemnowłosy mężczyzna - znajomy mężczyzna, skąd go znała? - wyjął różdżkę, runęła między drzewa, potykając się, biegnąc, w próbie uniknięcia rzucanych ku niej czarów. Z trudem łapała dech, serce tłukło się szaleńczo w piersi. Zaklęcie świsnęło jej tuż nad głową, zwalając jeden z prastarych dębów, zmuszając Brennę do kolejnego uskoku, by nie dać się zmiażdżyć… co tylko potęgowało krwawienie. Zanurkowała pomiędzy krzewy, kiedy kolejny czar minął ją o włos. Nie miała jak się bronić i nie mogła wiecznie uciekać, a mężczyzna dotrzymywał jej kroku bez trudu – może dlatego, że on tu był panem, może z powodu ran.
Huk walącego się drzewa doszedł uszu Mavelle. W nozdrza uderzył zapach krwi.
Nie była tak daleko…
Wgryzał się w nozdrza. Umiera tam jakieś dziecko, powiedział duch. Brenna przyspieszyła, przebiła się przez krzewy, w jej wilcze uszy wdarł się płacz dziecka, bogowie, żyło i...
...rozpaczliwa nadzieja zgasła natychmiast, gdy zobaczyła pod drzewem ducha.
Spóźnili się.
Znowu się spóźniła.
Przemieniła się. Rozejrzała się, jakby w nadziei, że to jakaś pomyłka. Że zobaczy jakieś inne dziecko, potrzebujący pomocy, zobaczy tego psa, o którym wspomniał duch, że ten duch jest tutaj od bardzo dawna, że to nie na pomoc jemu zostali wysłani. Nie było jednak niczego. Tylko samotne widmo, przerażone tym, że straciło matkę. Tylko ślad krwi na drzewie.
Brenna zrobiła kilka kroków w stronę chłopca, a potem, bez słowa, osunęła się po prostu kolana tuż przed nim. Może przemiana w wilka i ten szaleńczy bieg odebrały jej wszystkie siły, a może to widok tego ducha sprawił, że to, co napędzało ją do tej pory, pozwalając przezwyciężyć zmęczenie, uleciało ostatecznie, pozostawiając Brennę bez choćby odrobiny energii. Nogi po prostu ugięły się pod nią nagle, odmawiając posłuszeństwa. Bodaj po raz pierwszy w życiu, bo Brenna przecież zawsze działała, nieważne, co się stało.
Knieja szumiała nad głową Brenny, klęczącej na trawie. Wokół pełno było połamanych gałęzi, śladów niedawnej wichury. Mundur Brygady, który miała na sobie kobieta, był ubabrany ziemią i tu i ówdzie pokryty krwią - choć nie jej własną, bo nie wyglądała na ranną. Jedynie włosy miała trochę przypalone.
Dzień po Beltane.
Duch małego chłopca płakał pod drzewem, kiedy Brenna klęczała, przypatrując się mu, niezdolna do wykonania ruchu. Nie pamiętała: nie pamiętała, że od Beltane minęło półtora miesiąca. Nie pamiętała, że śpi, nie pamiętała, że ledwo chwilę temu próbowano ją zabić. We własnym umyśle znów przeżywała ten sam dzień. Czuła to samo, co wtedy. Myślała to samo, co wtedy.
Nie odwróciła się nawet, kiedy krzewy za nią zaszeleściły, kiedy usłyszała za sobą kroki Samuela Carrowa...
...a przecież powinna się odwrócić.
Błysnął uniesiony nóż. Może wyłapała kątem oka ten ruch, może właśnie błysk słońca w ostrzu, a może zadziałał instynkt, ale poruszyła się w ostatniej chwili i tylko dzięki temu ostrze nie trafiło tam, gdzie trafić miało, a w okolice łopatki. Z ust Brenny wyrwał się krzyk, kiedy napastnik cofnął nóż, chcąc ponowić atak.
Przetoczyła się po ściółce, plamiąc ją krwią. Sięgnęła po różdżkę, miała ją przecież, ledwo parę chwil temu... ale różdżki nie było. I nagle czuła już nie tylko ból od rany zadanej tutaj, teraz. Gardło miała ściśnięte, obolałe, żebra i biodra oraz policzek poobijane od niedawnego upadku. Nie była w stanie walczyć i kiedy ciemnowłosy mężczyzna - znajomy mężczyzna, skąd go znała? - wyjął różdżkę, runęła między drzewa, potykając się, biegnąc, w próbie uniknięcia rzucanych ku niej czarów. Z trudem łapała dech, serce tłukło się szaleńczo w piersi. Zaklęcie świsnęło jej tuż nad głową, zwalając jeden z prastarych dębów, zmuszając Brennę do kolejnego uskoku, by nie dać się zmiażdżyć… co tylko potęgowało krwawienie. Zanurkowała pomiędzy krzewy, kiedy kolejny czar minął ją o włos. Nie miała jak się bronić i nie mogła wiecznie uciekać, a mężczyzna dotrzymywał jej kroku bez trudu – może dlatego, że on tu był panem, może z powodu ran.
Huk walącego się drzewa doszedł uszu Mavelle. W nozdrza uderzył zapach krwi.
Nie była tak daleko…
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.