To miał być zwykły, spokojny wieczór... No ale nie. Saurielowi musiało się nudzić - jak zwykle zresztą. Nie potrafił siedzieć na dupie w spokoju, zawsze musiał coś robić. Stanley powoli zaczął go podejrzewać o to, że Rookwood może mieć jakieś owsiki. Czy naprawdę nie mogli się napić alkoholu w zaciszu domostwa tylko musieli gdzieś iść? Mogli nawet siedzieć u Borgina w mieszkaniu - nie miał z tym żadnego problemu, a kanapa zawsze była otwarta, aby jego druh mógł tam przekimać.
No i się uparł. Ten przeklęty krukon chciał gdzieś ewidentnie iść... na przygodę. W nocy. Wariat... Stanley stał jak wryty kiedy mu powiedział o planach na ten wieczór, ciężko westchnął, a następnie się zgodził. Podjęcie decyzji nie zajęło mu dłużej, niż mrugnięcie okiem. Od razu powiedział "dobra", wziął płaszcz i ruszył po schodach na dół, pozwalając aby to ten chory pojeb Sauriel przejął prowadzenie.
- O chuj Ci chodzi? Wyglądam kurwa jak milion galeonów - zapewnił kompana - Co Ci nie pasuje w pantoflach, spodniach w kant, białej koszuli i czarnym płaszczu? - wzruszył ramionami, zaciągając się papierosem - Widziałeś przecież w czym stałem u siebie. Nawet nie dałeś mi czasu, abym się przebrał - przypomniał mu, lekko przekręcając prawdę. Bo to nie było tak, że Rookwood mu nie dał czasu... O nie. To Borgin się uparł, że jest gotowy tylko musi wziąć płaszcz z którym się nie rozstawał - Księżniczki? Co Ty do Disneylandu chcesz mnie zabrać? - zaśmiał się pod nosem na jego słowa. Ten to miał naprawdę grobowy humor tego wieczora - Spójrz lepiej na siebie, a nie mnie krytykujesz... Zresztą... Czy Ty nie masz już swojej księżniczki? - zapytał, mrużąc lekko oczy. Jak ona tam miała? Lestrange? Nie-Rookwood? Lestrane-jeszcze-nie-Rookwood? nie-Lestrange-nie-Rookwood? A... no tak. Victoria Lestrange, bo przecież żadnego ślubu jeszcze nie było pomimo faktu, że Sauriel tak kłapał tym swoim jęzorem podczas Beltane... No ale plotki się przecież szybko rozchodzą i całe ministerstwo już wiedziało o "ślubie" Victorii z Saurielem... Cóż. Oczywiście to też nie było tak, że Stanley nie szanował przyszłej pani Rookwood. Nic z tych rzeczy - pałał do niej dożywotnim szacunkiem za swoje "ogórkowidzenie". To właśnie dzięki niej udało się wszystko doprowadzić do końca, a zbiory były już tuż za rogiem!
- Mnie się o to pytasz? - spojrzał na przyjaciela jakby ten spadł z jakiejś wieży albo jakby się wypierdolił z kołyski chwilę po porodzie. Dlaczego z tych wszystkich miliardów ludzi na ziemi, ten się pytał Stanleya o różnicę między "kaszą", a "manną"? Nie miał zielonego pojęcia ale powoli zaczynał się wkręcać jak w większość zagadek podsyłanych przez Sauriela... A już na pewno kiedy zagadki dotyczyły szeroko pojętych nauk przyrodniczych.
Człapiąc za krukonem, drapał się po brodzie, stymulując (a może nawet symulując?) swój mózg. Może to trzeba jakoś rozdzielić? Man-na? Kas-za? Kasna manza? Dopiero wpadnięcie na Rookwooda spowodowało, że ocknął się z zadumy - Kurwa, sorry. Zamyśliłem się - przeprosił wspólnika, odrzucając papierosa w jakiś zakamarek. Z tej całej przekminki zapomniał o tym, że aby nakarmić swojego raka to musi zaciągać się tytoniem.
- Dobry, dobry - przywitał się kulturalnie wkraczając za tym pierwszym świrniętym do środka. W sumie nie miał pojęcia dlaczego tu jest, po co tu jest, kim jest ta cała księżniczka Lorraine... Nic nie wiedział. Ale to też nie było nic bardzo zaskakującego w tym wszystkim.
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972