09.11.2022, 00:51 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.11.2022, 00:51 przez Eden Lestrange.)
Nie była pewna, czy będzie się dobrze bawić. Nawet mimo życzeń Brenny (która przecież była zbyt infantylna w swojej słodyczy, by potrafić skłamać na tym polu) przeczuwała w kościach, że coś pójdzie nie tak. Ostatnimi czasy psychicznie czuła się tak, jakby stąpała po kruchym lodzie. Raz już wpadła do mrożącej krew w żyłach wody, czego świadkiem był jej mąż. Nie mogła obiecać ani sobie, ani żadnemu nieszczęśnikowi, który wpadnie na nią tego wieczoru, że to się nie powtórzy.
Odciągnęła Williama od Longbottomów, zdecydowanym ruchem przyciągając go za rękę do siebie. Przez ułamek sekundy stykali się ciałami, by mogła posłać mu dyskretne spojrzenie z gatunku nie chcę tu być. Miała nadzieję, że rok separacji nie sprawił, iż mąż zapomniał, co takie drobne gesty znaczą. Eden była lwicą salonową, ale zdecydowanie nie był to dar, o który się prosiła. Nawet nie wiedziała, co ją motywowało do pojawiania się na tych wszystkich imprezach. Może tak bardzo potrzebowała żerować na cudzym nieszczęściu, że celowo udawała się w miejsca oblegane tłumnie, gdyż gwoli zasadom statystyki tam właśnie było największe prawdopodobieństwo, że ktoś się potknie i rozwali sobie głowę?
Ciągnęła go za sobą przez pół sali, próbując odnaleźć pośród gości Sacharissę. Zniknęła jak kamfora? Rozpłynęła się w powietrzu? Mogła ponownie założyć się o jedną z nóg, że gdzieś ją tutaj widziała. A może ma już zwidy? Może widok półnagich pleców Idy zupełnie odebrał jej rozum?
Odwróciła głowę mimowolnie, chcąc odszukać aurorkę wzrokiem raz jeszcze. Spojrzała w miejsce, w którym stała ostatnim razem, lecz Moody też zniknęła. Eden potrząsnęła głową, chcąc przywołać się do rozsądku.
Ogarnij się, zganiła samą siebie. Zużyła swoją ostateczną broń niekontrolowanej histerii na naprawę tego małżeństwa i nie miała nic więcej w swoim arsenale. Ponadto wiedziała, że drugi taki popis już nie zadziała.
- Nie mam pojęcia, gdzie przepadła - oświadczyła wreszcie, zatrzymując się w rezygnacji. Nie zauważyła, że podczas swoich burzliwych przemyśleń nieustannie ściskała dłoń męża, kurczowo na tyle, że nie zdziwiłaby się, gdyby odcięła mu dopływ krwi do palców. Spojrzała na niego przepraszająco, luzując uścisk. - Nieistotne, w przyrodzie nic nie ginie, nawet Sachy. W międzyczasie znajdziemy coś do picia - oświadczyła, nie zostawiając Williamowi pola do decyzji. Z perspektywy osoby trzeciej prawdopodobnie wyszłaby na okrutnie terytorialną, ale wtajemniczeni wiedzieli, że pan Lestrange nie miał nic przeciwko. Pozostawiony sam sobie z możliwością wyboru kręciłby się w miejscu przez kolejne pięć minut, próbując przypomnieć sobie, jak się rusza do przodu.
- Nie zaczynaj - ucięła krótko, słysząc komentarz o kitlu. Spojrzała na mężczyznę jak zmęczona życiem matka, która nie miała czasu na żadne wybryki. Stary nawyk ostatniego roku odezwał się, już zaczęła się gotować, przez chwilę przekonana, że znowu mówi coś głupiego, by ją celowo zdenerwować i wszcząć kłótnię. Aż wreszcie westchnęła, by uśmiechnąć się z rezygnacją w oczach.
Przecież on żartował.
- Nie wiem, czy zauważyłeś, ale ogólnie klimat jest raczej szpitalny - zaczęła z uśmiechem, żeby zreflektować się za wcześniejszy, opryskliwy ton. Zatrzymała się przy jednym ze stołów. - Jedni przychodzą w kitlach, drudzy zabierają dziadków z geriatrii, żeby choć raz coś mieli od życia - oświadczyła, skinieniem wskazując stojącego nieopodal Perseusa Blacka, który wspierał się na swojej lasce. Parsknęła pod nosem cicho, rozbawiona swoim własnym żartem, po czym chwyciła dwa kieliszki z winem, by jeden podać swojemu mężowi. A nie powinna się śmiać, przecież wiedziała na własnej skórze, że niefajnie się śmiać z kulawych.
Odciągnęła Williama od Longbottomów, zdecydowanym ruchem przyciągając go za rękę do siebie. Przez ułamek sekundy stykali się ciałami, by mogła posłać mu dyskretne spojrzenie z gatunku nie chcę tu być. Miała nadzieję, że rok separacji nie sprawił, iż mąż zapomniał, co takie drobne gesty znaczą. Eden była lwicą salonową, ale zdecydowanie nie był to dar, o który się prosiła. Nawet nie wiedziała, co ją motywowało do pojawiania się na tych wszystkich imprezach. Może tak bardzo potrzebowała żerować na cudzym nieszczęściu, że celowo udawała się w miejsca oblegane tłumnie, gdyż gwoli zasadom statystyki tam właśnie było największe prawdopodobieństwo, że ktoś się potknie i rozwali sobie głowę?
Ciągnęła go za sobą przez pół sali, próbując odnaleźć pośród gości Sacharissę. Zniknęła jak kamfora? Rozpłynęła się w powietrzu? Mogła ponownie założyć się o jedną z nóg, że gdzieś ją tutaj widziała. A może ma już zwidy? Może widok półnagich pleców Idy zupełnie odebrał jej rozum?
Odwróciła głowę mimowolnie, chcąc odszukać aurorkę wzrokiem raz jeszcze. Spojrzała w miejsce, w którym stała ostatnim razem, lecz Moody też zniknęła. Eden potrząsnęła głową, chcąc przywołać się do rozsądku.
Ogarnij się, zganiła samą siebie. Zużyła swoją ostateczną broń niekontrolowanej histerii na naprawę tego małżeństwa i nie miała nic więcej w swoim arsenale. Ponadto wiedziała, że drugi taki popis już nie zadziała.
- Nie mam pojęcia, gdzie przepadła - oświadczyła wreszcie, zatrzymując się w rezygnacji. Nie zauważyła, że podczas swoich burzliwych przemyśleń nieustannie ściskała dłoń męża, kurczowo na tyle, że nie zdziwiłaby się, gdyby odcięła mu dopływ krwi do palców. Spojrzała na niego przepraszająco, luzując uścisk. - Nieistotne, w przyrodzie nic nie ginie, nawet Sachy. W międzyczasie znajdziemy coś do picia - oświadczyła, nie zostawiając Williamowi pola do decyzji. Z perspektywy osoby trzeciej prawdopodobnie wyszłaby na okrutnie terytorialną, ale wtajemniczeni wiedzieli, że pan Lestrange nie miał nic przeciwko. Pozostawiony sam sobie z możliwością wyboru kręciłby się w miejscu przez kolejne pięć minut, próbując przypomnieć sobie, jak się rusza do przodu.
- Nie zaczynaj - ucięła krótko, słysząc komentarz o kitlu. Spojrzała na mężczyznę jak zmęczona życiem matka, która nie miała czasu na żadne wybryki. Stary nawyk ostatniego roku odezwał się, już zaczęła się gotować, przez chwilę przekonana, że znowu mówi coś głupiego, by ją celowo zdenerwować i wszcząć kłótnię. Aż wreszcie westchnęła, by uśmiechnąć się z rezygnacją w oczach.
Przecież on żartował.
- Nie wiem, czy zauważyłeś, ale ogólnie klimat jest raczej szpitalny - zaczęła z uśmiechem, żeby zreflektować się za wcześniejszy, opryskliwy ton. Zatrzymała się przy jednym ze stołów. - Jedni przychodzą w kitlach, drudzy zabierają dziadków z geriatrii, żeby choć raz coś mieli od życia - oświadczyła, skinieniem wskazując stojącego nieopodal Perseusa Blacka, który wspierał się na swojej lasce. Parsknęła pod nosem cicho, rozbawiona swoim własnym żartem, po czym chwyciła dwa kieliszki z winem, by jeden podać swojemu mężowi. A nie powinna się śmiać, przecież wiedziała na własnej skórze, że niefajnie się śmiać z kulawych.
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~