20.09.2023, 22:36 ✶
Lorraine zaczęła żałować, że mocniej nie wyrżnęła głową o umywalkę, bo podobno samoumartwianie swojego ciała może doprowadzić do otwarcia trzeciego oka (usłyszała to chyba lekcji historii magii, kiedy profesor omawiał życiorys maga Buddy). Może wtedy zdołałaby wyrwać się z samsary własnego, chorego umysłu, który domagał się analizowania zachowania każdego, kto przyciągał uwagę Malfoyówny, aby rozłożyć jego motywacje na czynniki pierwsze. A akurat Brenna była kimś, kto często znajdował się w centrum wydarzeń, czy też, kontynuując piękną metaforę o tajfunach, w samym oku cyklonu. I choć nie wydawała się specjalnie przejmować swoją popularnością - czy to ze skromności, czy też przez zwykłą obojętność - ta była niezaprzeczalnym faktem. I nie musiała w tym celu posługiwać się arsenałem demonicznych sztuczek z wilowej schedy, iluzją bycia kimś więcej.
Brenna wydawała się... nieskrępowana. I nawet nie chodziło do końca o to, że rozmawiała ze wszystkimi, nie wykluczając uczniów z młodszych roczników jak większość starszaków, czego przykładem mogłaby być chociażby ta właśnie rozmowa w skrzydle szpitalnym. Nie chodziło też o to, że Longbottom wydawała się pozostawać ponad domowymi podziałami i nie raz, nie dwa, dosiadła się przy śniadaniu do znajomych przy stole Slytherinu, kompletnie niepomna na ukradkowe spojrzenia co bardziej ortodoksyjnych wyznawców tego jedynego-wspaniałego-oświeconego-blaskiem-własnej-chwały-Slytherinu. W końcu Lorraine nie była już dzieckiem (uczyła się na czwartym roku!!) i zdążyła już zdać sobie sprawę, że większość hogwarckich stereotypów to po prostu głupoty. Populację samego Slytherinu można by poddać rozkładowi normalnemu, bo było tam tyle samo normalnych ludzi, co oślizgłych gnojków. Dyskryminacja ludzi ze względu na domową przynależność naprawdę nie miała sensu. Całe szczęście, że Lorrie dyskryminowała tylko ze względu na status krwi i majątek, hihi!!
Dlatego też zwykle Lorraine przewracała oczami słysząc wyrażnie typu "gryfońska odwaga" - najczęściej padające z ust takich populistów jak Dumbledore, w wywiadach publikowanych na kartach Proroka obok zdjęć jego twarzy w koloru sepii, lub też na żywo, podczas swoich słynnych przemówień na rozpoczęcie roku szkolnego, kiedy perorował o tym, że trzeba wypłynąć na głębię bla bla - ale w przypadku Brenny... Jakoś nie potrafiła przewrócić oczami. Bo ona miała odwagę być prawdziwa, i chyba ludzie dookoła też to wyczuwali.
I w gruncie rzeczy było czegoś, czego Lorraine zazdrościła Brennie bardziej niż pieniędzy, idealnej rodziny i popularności; czegoś co było równie ulotne i trudne do zdefiniowania, co figlarna iskierka w piwnych oczach gryfonki, a zarazem równie namacalne, co stos książek przy jej łóżku i czekoladowa żaba na przyjaźnie wyciągniętej dłoni. Tylko że Malfoy jeszcze nie potrafiła tego czegoś nazwać.
- Nie, dziękuję - westchnęła, czując, że jej pusty żołądek protestuje wobec odmowy. Poza dosyć niewygodną relacją z jedzeniem (ta konkretna żaba miała jakieś 2137 kcal!!), Lorraine nie lubiła przyjmować nawet najmniejszych prezentów od koleżanek, jeżeli wiedziała, że nie będzie mogła od razu się zrewanżować. A teraz większość oszczędności z eliksirowego handelku wydała podczas ostatniego przed świętami wypadu do Hogsmeade na prezenty dla koleżanek i wspólną posiadówę w Trzech Miotłach... Duma jej nie pozwalała wziąć!! Postarała się jednak, żeby jej głos był pełen wdzięczności, a nie jakby czuła się, że odmawia jałmużny. Jak zwykle wybrała bezpieczną półprawdę. - Wyobraź sobie, że nie mogę nawet patrzeć na żaby od kiedy dołączyłam do szkolnego chóru. Kojarzysz te wielkie gadające ropuchy, które czasem robią nam za basy? To dlatego, że mamy za mało chłopaków, bo oni zwykle wstydzą się śpiewać - zachichotała. - Raz kazali mi jedną z tych ropuch trzymać i mało nie uciekłam z krzykiem... Na szczęście wymigałam się siadając do pianina, ale do tej pory żyję w strachu. - zakończyła dramatycznie, kręcąc głową nad własną głupotą.
- Co ci się właściwie stało? - spytała, pokazując niepewnie na kwitnący na czole dziewczyny siniak, kiedy już zdążyła się nieco przyjrzeć swojej towarzyszce. - Nie mów, że też oberwałaś od umywalki - przewróciła oczami, ale to był błąd ze strony Malfoyówny, bo teraz znowu zaczęło jej się kręcić w głowie. Oparła się o poduszkę. A może po prostu Lorraine potrafiła być prawdziwie ciepła tylko wtedy, kiedy miała gorączkę.
Chwilę potem jednak chichotała, wyobrażając sobie że mogłaby nawiedzać uczniów Hogwartu w toalecie. - Na pewno lepsze to niż wieczność w skrzydle szpitalnym, bo tutaj można umrzeć tylko z nudów. Najlepsze ploteczki zawsze przypominasz sobie, kiedy idziesz z koleżankami do łazienki, nic by się wtedy przede mną nie ukryło - pozwoliła sobie puścić wodzy fantazji, żeby dopełnić wizję Brenny.
- Dzięki za troskę, ale im dłużej jej nie ma tym lepiej - jęknęła na samą myśl o pielęgniarce. A nuż dowiedziałaby się o tym, kto wykrada z jej szafki ingrendiencje do eliksirów... Lorraine aż zadrżała na tę myśl. Chociaż teraz, skoro jej tutaj nie ma... też coś zwinąć, gdyby nie obecność Brenny. Hm, ale zawsze może wymyślić jakiś pretekst, żeby podejść do szafki pielęgniarki.
- Widzę cztery Brenny Longbottom, i nie wiem, która pyta - parsknęła ślizgonka, nawet trochę rozczulona uwagą starszej dziewczyny. Cóż, na pewno gadała za czterech. - Spokojnie, z moimi oczami wszystko było w porządku. Może pielęgniarka okaże się równie łaskawa i też mnie wypuści... Nie zostajesz w zamku na święta?
Brenna wydawała się... nieskrępowana. I nawet nie chodziło do końca o to, że rozmawiała ze wszystkimi, nie wykluczając uczniów z młodszych roczników jak większość starszaków, czego przykładem mogłaby być chociażby ta właśnie rozmowa w skrzydle szpitalnym. Nie chodziło też o to, że Longbottom wydawała się pozostawać ponad domowymi podziałami i nie raz, nie dwa, dosiadła się przy śniadaniu do znajomych przy stole Slytherinu, kompletnie niepomna na ukradkowe spojrzenia co bardziej ortodoksyjnych wyznawców tego jedynego-wspaniałego-oświeconego-blaskiem-własnej-chwały-Slytherinu. W końcu Lorraine nie była już dzieckiem (uczyła się na czwartym roku!!) i zdążyła już zdać sobie sprawę, że większość hogwarckich stereotypów to po prostu głupoty. Populację samego Slytherinu można by poddać rozkładowi normalnemu, bo było tam tyle samo normalnych ludzi, co oślizgłych gnojków. Dyskryminacja ludzi ze względu na domową przynależność naprawdę nie miała sensu. Całe szczęście, że Lorrie dyskryminowała tylko ze względu na status krwi i majątek, hihi!!
Dlatego też zwykle Lorraine przewracała oczami słysząc wyrażnie typu "gryfońska odwaga" - najczęściej padające z ust takich populistów jak Dumbledore, w wywiadach publikowanych na kartach Proroka obok zdjęć jego twarzy w koloru sepii, lub też na żywo, podczas swoich słynnych przemówień na rozpoczęcie roku szkolnego, kiedy perorował o tym, że trzeba wypłynąć na głębię bla bla - ale w przypadku Brenny... Jakoś nie potrafiła przewrócić oczami. Bo ona miała odwagę być prawdziwa, i chyba ludzie dookoła też to wyczuwali.
I w gruncie rzeczy było czegoś, czego Lorraine zazdrościła Brennie bardziej niż pieniędzy, idealnej rodziny i popularności; czegoś co było równie ulotne i trudne do zdefiniowania, co figlarna iskierka w piwnych oczach gryfonki, a zarazem równie namacalne, co stos książek przy jej łóżku i czekoladowa żaba na przyjaźnie wyciągniętej dłoni. Tylko że Malfoy jeszcze nie potrafiła tego czegoś nazwać.
- Nie, dziękuję - westchnęła, czując, że jej pusty żołądek protestuje wobec odmowy. Poza dosyć niewygodną relacją z jedzeniem (ta konkretna żaba miała jakieś 2137 kcal!!), Lorraine nie lubiła przyjmować nawet najmniejszych prezentów od koleżanek, jeżeli wiedziała, że nie będzie mogła od razu się zrewanżować. A teraz większość oszczędności z eliksirowego handelku wydała podczas ostatniego przed świętami wypadu do Hogsmeade na prezenty dla koleżanek i wspólną posiadówę w Trzech Miotłach... Duma jej nie pozwalała wziąć!! Postarała się jednak, żeby jej głos był pełen wdzięczności, a nie jakby czuła się, że odmawia jałmużny. Jak zwykle wybrała bezpieczną półprawdę. - Wyobraź sobie, że nie mogę nawet patrzeć na żaby od kiedy dołączyłam do szkolnego chóru. Kojarzysz te wielkie gadające ropuchy, które czasem robią nam za basy? To dlatego, że mamy za mało chłopaków, bo oni zwykle wstydzą się śpiewać - zachichotała. - Raz kazali mi jedną z tych ropuch trzymać i mało nie uciekłam z krzykiem... Na szczęście wymigałam się siadając do pianina, ale do tej pory żyję w strachu. - zakończyła dramatycznie, kręcąc głową nad własną głupotą.
- Co ci się właściwie stało? - spytała, pokazując niepewnie na kwitnący na czole dziewczyny siniak, kiedy już zdążyła się nieco przyjrzeć swojej towarzyszce. - Nie mów, że też oberwałaś od umywalki - przewróciła oczami, ale to był błąd ze strony Malfoyówny, bo teraz znowu zaczęło jej się kręcić w głowie. Oparła się o poduszkę. A może po prostu Lorraine potrafiła być prawdziwie ciepła tylko wtedy, kiedy miała gorączkę.
Chwilę potem jednak chichotała, wyobrażając sobie że mogłaby nawiedzać uczniów Hogwartu w toalecie. - Na pewno lepsze to niż wieczność w skrzydle szpitalnym, bo tutaj można umrzeć tylko z nudów. Najlepsze ploteczki zawsze przypominasz sobie, kiedy idziesz z koleżankami do łazienki, nic by się wtedy przede mną nie ukryło - pozwoliła sobie puścić wodzy fantazji, żeby dopełnić wizję Brenny.
- Dzięki za troskę, ale im dłużej jej nie ma tym lepiej - jęknęła na samą myśl o pielęgniarce. A nuż dowiedziałaby się o tym, kto wykrada z jej szafki ingrendiencje do eliksirów... Lorraine aż zadrżała na tę myśl. Chociaż teraz, skoro jej tutaj nie ma... też coś zwinąć, gdyby nie obecność Brenny. Hm, ale zawsze może wymyślić jakiś pretekst, żeby podejść do szafki pielęgniarki.
- Widzę cztery Brenny Longbottom, i nie wiem, która pyta - parsknęła ślizgonka, nawet trochę rozczulona uwagą starszej dziewczyny. Cóż, na pewno gadała za czterech. - Spokojnie, z moimi oczami wszystko było w porządku. Może pielęgniarka okaże się równie łaskawa i też mnie wypuści... Nie zostajesz w zamku na święta?