20.09.2023, 23:32 ✶
Strach. Strach coraz bardziej narastał, mnożąc pytania, wątpliwości. Otoczenie wyglądało jak Knieja, krajobraz przypominał mniej więcej ten, który widziała, gdy wróciła na Polanę następnego dnia po tym, jak w końcu wydostała się ze szpitala. Mniej więcej, bo wtedy krążyła głównie po Polanie, w nadziei, że znajdzie wujka. Żywego.
Że to, co widziała w Limbo, było jakimś cholernie przykrym snem, ułudą, omamem zesłanym przez jebanego Voldemorta, żeby skołować, osłabić wolę, złamać, zmusić do uległości. Żeby zyskać przewagę potrzebną do dopięcia swoich planów – choć nie, moment, nie potrzebował dodatkowej przewagi. Cała jego potęga nią była. Zrobił, co chciał. Jak chciał.
Czy ten pieprzony kamień robił już jakąkolwiek różnicę? Nie wiedziała. Choć niby to był sukces, że udało się go zmiażdżyć. Czasem w to wierzyła, że było właśnie tak – małe zwycięstwo, ale zwycięstwo. A czasem odrzucała jednak wszystko, włącznie z faktem, ze przetrwali. Bo zawiedli, tyle ofiar…
Miała wrażenie, że gdzieś powinna być Brenna, ale nie umiała jej znaleźć. Zaczęło się od w miarę spokojnych kroków, po coraz szybsze, by w końcu przejść w trucht. Gdzie zniknęła siostra, jej oczko w głowie? Czy znowu jej coś groziło? Czy jednak była tu sama – i ta opcja jednocześnie najmniej napawała przerażeniem. Ale tylko i wyłącznie przy założeniu, że kuzynka była gdzieś daleko, bezpieczna…
Szukała. Nie potrafiła przestać szukać, czując, jak żołądek nieprzyjemnie się ściska. To wszystko przypominało koszmar, jakich wiele – i nic, tylko czekać, aż skądś wyskoczy jakiś wielki zły, z paszczą pełną ostrych zębów, które szarpią ciało na kawałeczki za jednym ich kłapnięciem. Ale zły nie nadchodził.
A Mavelle martwiła się coraz bardziej i bardziej.
Huk. Krew.
Trucht przerodził się w bieg, bieg wręcz w cwał – a przynajmniej by było cwałem, gdyby nogi miała zakończone kopytami. Ale tak, przemiana nastąpiła dziwnie szybko, dziwnie płynnie (ach, te sny… nawet jeśli zawierały w sobie ziarnko prawdy). Dwie nogi to jednak nie cztery łapy; na nich można było się poruszać o wiele, wiele szybciej.
Rozpędzona, rozwścieczona czarna kula czystej nienawiści. Działała niemalże na poziomie instynktu. Bieg, skok, by zwalić nóg samym swoim ciężarem (i pędem), kłapnięcie zębami, celujące prosto w szyję...
Że to, co widziała w Limbo, było jakimś cholernie przykrym snem, ułudą, omamem zesłanym przez jebanego Voldemorta, żeby skołować, osłabić wolę, złamać, zmusić do uległości. Żeby zyskać przewagę potrzebną do dopięcia swoich planów – choć nie, moment, nie potrzebował dodatkowej przewagi. Cała jego potęga nią była. Zrobił, co chciał. Jak chciał.
Czy ten pieprzony kamień robił już jakąkolwiek różnicę? Nie wiedziała. Choć niby to był sukces, że udało się go zmiażdżyć. Czasem w to wierzyła, że było właśnie tak – małe zwycięstwo, ale zwycięstwo. A czasem odrzucała jednak wszystko, włącznie z faktem, ze przetrwali. Bo zawiedli, tyle ofiar…
Miała wrażenie, że gdzieś powinna być Brenna, ale nie umiała jej znaleźć. Zaczęło się od w miarę spokojnych kroków, po coraz szybsze, by w końcu przejść w trucht. Gdzie zniknęła siostra, jej oczko w głowie? Czy znowu jej coś groziło? Czy jednak była tu sama – i ta opcja jednocześnie najmniej napawała przerażeniem. Ale tylko i wyłącznie przy założeniu, że kuzynka była gdzieś daleko, bezpieczna…
Szukała. Nie potrafiła przestać szukać, czując, jak żołądek nieprzyjemnie się ściska. To wszystko przypominało koszmar, jakich wiele – i nic, tylko czekać, aż skądś wyskoczy jakiś wielki zły, z paszczą pełną ostrych zębów, które szarpią ciało na kawałeczki za jednym ich kłapnięciem. Ale zły nie nadchodził.
A Mavelle martwiła się coraz bardziej i bardziej.
Huk. Krew.
Trucht przerodził się w bieg, bieg wręcz w cwał – a przynajmniej by było cwałem, gdyby nogi miała zakończone kopytami. Ale tak, przemiana nastąpiła dziwnie szybko, dziwnie płynnie (ach, te sny… nawet jeśli zawierały w sobie ziarnko prawdy). Dwie nogi to jednak nie cztery łapy; na nich można było się poruszać o wiele, wiele szybciej.
Rozpędzona, rozwścieczona czarna kula czystej nienawiści. Działała niemalże na poziomie instynktu. Bieg, skok, by zwalić nóg samym swoim ciężarem (i pędem), kłapnięcie zębami, celujące prosto w szyję...