20.09.2023, 23:42 ✶
Zwierzak przeleciał nad głową Brenny, w płynnym skoku. Przebiegł prosto ku napastnikowi i zwalił go z nóg. Ale Mavelle nie zdołała rozerwać mu gardła.
Sny należały do niego.
Nagle zapadła ciemność, i wilczyca zdążyła jeszcze tylko usłyszeć, że Brenna wzywa ją po imieniu. Ale zaraz zniknęły – i Bren, i mężczyzna – i Bones znalazła się w lesie, ale innym, pogrążonym w ciszy i ciemności.
Pamiętała.
Każdy szczegół dwóch poprzednich snów.
A węsząc, mogła wyczuć charakterystyczną woń krwi. Pochwycić trop.
*
Tym razem Brenna pamiętała. Wszystko.
Atak w domu, w nie jej wspomnieniu. Ostrze wbijające się w jej plecy w Kniei. Mavelle, zamienioną w wilka, ratującą ją w ostatniej chwili. Ale także te wszystkie wcześniejsze sny, dzielone z Victorią i Laurentem, kiedy ciemnowłosy mężczyzna usiłował ją zamordować, zanim przyszedł po nią.
I o dziwo, nie bała się. Mimo tego, że czuła, jak jej koszula przesiąka krwią, mimo żeber, poobijanych, może nawet pękniętych, mimo świadomości, że ten mężczyzna był też gdzieś tutaj i że władał tym snem, odbierając wszelką szansę na obronę. Panika, jaka popchnęła ją do biegu przez Knieję, przeminęła teraz. Może dlatego, że Brenna była tak strasznie, straszliwie wściekła, że nie starczało już w tym gniewie miejsca na strach. Może bo wiedziała, że jednak stało się dokładnie to samo, co w innych przypadkach – w jakiś sposób przyciągnęła kuzynkę i Mavella nie podlegała prawidłom snu, które oplatały Brennę i uniemożliwiały jej obronę.
– Mav! – zawołała, podpierając się ramieniem o pień. Kolejny las, ale tym razem już nie Knieja, inny, ale też całkiem dobrze Brennie znany. Zakazany Las, jego część położona w pobliżu Hogwartu, miejsce, na które tak często patrzyła z zamkowych okien, z błoni albo do którego nawet wchodziła, chociaż naprawdę, naprawdę nie powinna. Odruchowo skręciła w stronę, w której powinna znajdować się szkoła, chyba nawet teraz kojarząca się jej z bezpieczeństwem, z miejscem, gdzie można otrzymać pomoc… Choć nie, w tym koszmarze jedyna pomoc, na jaką mogła liczyć to kuzynka.
Albo ona sama.
Bo musiała się obudzić.
Było ciemno. Noc, pozbawiona jednak chmur, i wielki księżyc w pełni – na jego widok zawsze ściskało Brennę w żołądku… - na czarnym niebie. Gdzieś w tej ciemności ścigał ją, bo po prostu czuła cudzą obecność, słyszała kroki, i to nie była Mavelle, bo kuzynka przecież by ją zawołała, odpowiedziała na wezwanie. Rozgarnęła gałęzie, wypadając wprost na hogwarckie błonia, by dostrzec strzeliste wieże na tle usianego gwiazdami nieba. Miejsce, które kiedyś, przez siedem lat, było dla niej nowym domem…
Ktoś wypadł z lasu za nią.
Brenna gwałtownie rzuciła się w bok, umykając przed zaklęciem. Za wolno. Cięło jej policzek, krew popłynęła po twarzy i mogłaby przysiąc, że ktoś ją skądś zawołał, i to na pewno nie była Mavelle. Nie zdołała uciec przed kolejnym czarem, który głęboko przeciął bok, rozerwał ubranie. Straciła równowagę i padła na trawę, z trudem chwytając powietrze, odtoczyła się, i kolejny czar uderzył o ziemię. Chciała - ze wszystkich sił chciała - rzucić się na tego człowieka, rozszarpać mu gardło, ale był za daleko, atakował z dystansu, a ona nie miała różdżki.
Mogła tylko próbować się obudzić, podążyć za wzywającym ją głosem.
Sny należały do niego.
Nagle zapadła ciemność, i wilczyca zdążyła jeszcze tylko usłyszeć, że Brenna wzywa ją po imieniu. Ale zaraz zniknęły – i Bren, i mężczyzna – i Bones znalazła się w lesie, ale innym, pogrążonym w ciszy i ciemności.
Pamiętała.
Każdy szczegół dwóch poprzednich snów.
A węsząc, mogła wyczuć charakterystyczną woń krwi. Pochwycić trop.
*
Tym razem Brenna pamiętała. Wszystko.
Atak w domu, w nie jej wspomnieniu. Ostrze wbijające się w jej plecy w Kniei. Mavelle, zamienioną w wilka, ratującą ją w ostatniej chwili. Ale także te wszystkie wcześniejsze sny, dzielone z Victorią i Laurentem, kiedy ciemnowłosy mężczyzna usiłował ją zamordować, zanim przyszedł po nią.
I o dziwo, nie bała się. Mimo tego, że czuła, jak jej koszula przesiąka krwią, mimo żeber, poobijanych, może nawet pękniętych, mimo świadomości, że ten mężczyzna był też gdzieś tutaj i że władał tym snem, odbierając wszelką szansę na obronę. Panika, jaka popchnęła ją do biegu przez Knieję, przeminęła teraz. Może dlatego, że Brenna była tak strasznie, straszliwie wściekła, że nie starczało już w tym gniewie miejsca na strach. Może bo wiedziała, że jednak stało się dokładnie to samo, co w innych przypadkach – w jakiś sposób przyciągnęła kuzynkę i Mavella nie podlegała prawidłom snu, które oplatały Brennę i uniemożliwiały jej obronę.
– Mav! – zawołała, podpierając się ramieniem o pień. Kolejny las, ale tym razem już nie Knieja, inny, ale też całkiem dobrze Brennie znany. Zakazany Las, jego część położona w pobliżu Hogwartu, miejsce, na które tak często patrzyła z zamkowych okien, z błoni albo do którego nawet wchodziła, chociaż naprawdę, naprawdę nie powinna. Odruchowo skręciła w stronę, w której powinna znajdować się szkoła, chyba nawet teraz kojarząca się jej z bezpieczeństwem, z miejscem, gdzie można otrzymać pomoc… Choć nie, w tym koszmarze jedyna pomoc, na jaką mogła liczyć to kuzynka.
Albo ona sama.
Bo musiała się obudzić.
Było ciemno. Noc, pozbawiona jednak chmur, i wielki księżyc w pełni – na jego widok zawsze ściskało Brennę w żołądku… - na czarnym niebie. Gdzieś w tej ciemności ścigał ją, bo po prostu czuła cudzą obecność, słyszała kroki, i to nie była Mavelle, bo kuzynka przecież by ją zawołała, odpowiedziała na wezwanie. Rozgarnęła gałęzie, wypadając wprost na hogwarckie błonia, by dostrzec strzeliste wieże na tle usianego gwiazdami nieba. Miejsce, które kiedyś, przez siedem lat, było dla niej nowym domem…
Ktoś wypadł z lasu za nią.
Brenna gwałtownie rzuciła się w bok, umykając przed zaklęciem. Za wolno. Cięło jej policzek, krew popłynęła po twarzy i mogłaby przysiąc, że ktoś ją skądś zawołał, i to na pewno nie była Mavelle. Nie zdołała uciec przed kolejnym czarem, który głęboko przeciął bok, rozerwał ubranie. Straciła równowagę i padła na trawę, z trudem chwytając powietrze, odtoczyła się, i kolejny czar uderzył o ziemię. Chciała - ze wszystkich sił chciała - rzucić się na tego człowieka, rozszarpać mu gardło, ale był za daleko, atakował z dystansu, a ona nie miała różdżki.
Mogła tylko próbować się obudzić, podążyć za wzywającym ją głosem.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.