20.09.2023, 23:44 ✶
Atreus niekoniecznie zwracał w tym momencie uwagę na Laurenta, zwyczajnie zapominając, że komuś mogły mięknąć nogi na widok krwi. Nie do tego był przyzwyczajony, bo przecież ani on, ani Florence, ani Orion nie wzdrygali się już, kiedy przed oczami stawała im życiodajna czerwień. Rzucona na blat stołu szmata została nieruszona, robiąc za prowizoryczną kontrolę bałaganu, którą mogła wywołać rozlewająca się po stole whisky.
Nie przeszkadzał mu też ten zapach, bo zwyczajnie do niego przywykł. Atreus regularnie zdzierał sobie ręce w taki, czy inny sposób i podobne uszkodzeń doświadczał już od czasów szkolnych. Miał tendencję do bicia z bezsilności w ściany lub zwyczajnie ludzi, w ten sposób dając upust wzbierającej złości i emocjom. Teraz więc, jakby nigdy nic stał nad zlewem, spoglądając na wirującą w nim krew niesioną przez wodę i mieszającą się z nią lekko.
Czasem potrzebował zwyczajnie rozpaść się na kawałki. Może Laurent nie był tego świadomy, bo zwykle przy takich okazjach mu nie towarzyszył, ale te drobne momenty kiedy zwyczajnie sobie nie radził, pozwalały w jakiś sposób pozbyć się tego całego napięcia i wrócić do zwyczajnej, typowej dla niego gry pozorów. Pozwalały wziąć głęboki oddech i na nowo podnieść głowę, przyobleczoną w ten bezczelny, charakterystyczny dla niego uśmiech, zamiast spoglądać w przestrzeń niewidzącym wzrokiem.
Słuchał go, ale nie odpowiedział. Przynajmniej nie na jego pierwsze słowa. Przynajmniej do momentu, kiedy Prewett nie wszedł w swoich słowach na grząski, niebezpieczny grunt, jakby sam nie wiedział w co się dokładnie pakował. Atreus przymknął powieki, czując się nagle absolutnie pusty w środku, ale kiedy wziął głęboki oddech, kiedy zacisnął zranioną dłoń w pięść, próbując w ten sposób jakoś rozwiać to, co działo się w środku, nic to nie dało. To był krótki moment spokoju. Cisza, trwając zaledwie uderzenie serca, zanim nie uderzyła burza.
Bo auror uderzył, co innego miał zrobić. Odwrócił się szybko, łapiąc Laurenta za ubranie na piersi i popychając go na ścianę, do której przygwoździł go gwałtownie i pewnie też boleśnie. Wpatrywał się w niego intensywnie, przez moment tylko oddychając ciężko, jakby chciał zrobić coś więcej, ale jakaś jego cząstka wciąż walczyła o opanowanie się.
- Nie mów mi, jak mam sobie z tym radzić - syknął kuzynowi w twarz, cedząc słowa z zawiścią, owiewając ich dwoje zapachem alkoholu i krwi, która brudziła ubranie Prewetta. - Uwierz lub nie, ale robię co mogę. Szukam gdzie mogę i to wciąż za mało. - napierał na niego, nie pozwalając wyswobodzić się z jego uścisku i odsunąć od kuchennej ściany. To nie był Atreus, którego zwykł znać Laurent. To był ktoś zupełnie inny. Jakiś nieznajomy, który nagle zamieszkał w nieswoim ciele, a który jeśli już się pokazywał to wtedy, kiedy nikt nie patrzył. Pewnie w innym wypadku właśnie puszyłby się niczym paw, ciesząc ze słów, które padły pod jego adresem. Teraz jednak, sprawy miały się inaczej i aurorowi zwyczajnie brakowało zwykłego opanowania, które trzymałoby go w ryzach. Wiedział, jak bardzo potem będzie żałować tego wybuchu, ale teraz, wpatrując się w kuzyna nie czuł niczego więcej jak niechęci i wypełniającej go po brzegi wściekłości.
Nie przeszkadzał mu też ten zapach, bo zwyczajnie do niego przywykł. Atreus regularnie zdzierał sobie ręce w taki, czy inny sposób i podobne uszkodzeń doświadczał już od czasów szkolnych. Miał tendencję do bicia z bezsilności w ściany lub zwyczajnie ludzi, w ten sposób dając upust wzbierającej złości i emocjom. Teraz więc, jakby nigdy nic stał nad zlewem, spoglądając na wirującą w nim krew niesioną przez wodę i mieszającą się z nią lekko.
Czasem potrzebował zwyczajnie rozpaść się na kawałki. Może Laurent nie był tego świadomy, bo zwykle przy takich okazjach mu nie towarzyszył, ale te drobne momenty kiedy zwyczajnie sobie nie radził, pozwalały w jakiś sposób pozbyć się tego całego napięcia i wrócić do zwyczajnej, typowej dla niego gry pozorów. Pozwalały wziąć głęboki oddech i na nowo podnieść głowę, przyobleczoną w ten bezczelny, charakterystyczny dla niego uśmiech, zamiast spoglądać w przestrzeń niewidzącym wzrokiem.
Słuchał go, ale nie odpowiedział. Przynajmniej nie na jego pierwsze słowa. Przynajmniej do momentu, kiedy Prewett nie wszedł w swoich słowach na grząski, niebezpieczny grunt, jakby sam nie wiedział w co się dokładnie pakował. Atreus przymknął powieki, czując się nagle absolutnie pusty w środku, ale kiedy wziął głęboki oddech, kiedy zacisnął zranioną dłoń w pięść, próbując w ten sposób jakoś rozwiać to, co działo się w środku, nic to nie dało. To był krótki moment spokoju. Cisza, trwając zaledwie uderzenie serca, zanim nie uderzyła burza.
Bo auror uderzył, co innego miał zrobić. Odwrócił się szybko, łapiąc Laurenta za ubranie na piersi i popychając go na ścianę, do której przygwoździł go gwałtownie i pewnie też boleśnie. Wpatrywał się w niego intensywnie, przez moment tylko oddychając ciężko, jakby chciał zrobić coś więcej, ale jakaś jego cząstka wciąż walczyła o opanowanie się.
- Nie mów mi, jak mam sobie z tym radzić - syknął kuzynowi w twarz, cedząc słowa z zawiścią, owiewając ich dwoje zapachem alkoholu i krwi, która brudziła ubranie Prewetta. - Uwierz lub nie, ale robię co mogę. Szukam gdzie mogę i to wciąż za mało. - napierał na niego, nie pozwalając wyswobodzić się z jego uścisku i odsunąć od kuchennej ściany. To nie był Atreus, którego zwykł znać Laurent. To był ktoś zupełnie inny. Jakiś nieznajomy, który nagle zamieszkał w nieswoim ciele, a który jeśli już się pokazywał to wtedy, kiedy nikt nie patrzył. Pewnie w innym wypadku właśnie puszyłby się niczym paw, ciesząc ze słów, które padły pod jego adresem. Teraz jednak, sprawy miały się inaczej i aurorowi zwyczajnie brakowało zwykłego opanowania, które trzymałoby go w ryzach. Wiedział, jak bardzo potem będzie żałować tego wybuchu, ale teraz, wpatrując się w kuzyna nie czuł niczego więcej jak niechęci i wypełniającej go po brzegi wściekłości.