09.11.2022, 02:47 ✶
Patrick zacisnął usta w wąską linię, gdy Anne uniosła różdżkę. Jego ręka w tym czasie zacisnęła się na jego własnej. Nie, nie chciał uciekać się do przemocy. Nie dzisiaj, nie teraz, nie w przypadku młodej, przestraszonej kobiety stojącej przed nimi. Tak, gotów byłby to zrobić, gdyby zaszła taka potrzeba. Gorzka ironia całej sytuacji polegała na tym, że być może rodzice Stewarda mieli rację i czasem naprawdę trzeba było działać dla większego dobra.
Pokręcił ostrzegawczo głową.
Korytarz był długi, ale dość wąski. Ledwie mieścili się w nim stojąc obok siebie z Brenną. Nie nadawał się do walki, choć od biedy mógłby stać się śmiertelnie niebezpieczną pułapką dla śmierciożerców (choć tylko w tym przypadku, gdyby Thomas zdecydowała się spalić go razem ze znajdującymi się na nim ludźmi). Ale były na nim jej wspomnienia, te nieruchome – zastygłe w czasie i przestrzeni, oraz te magiczne, całkiem jak żywe, fotografie przedstawiające szczęśliwe chwile, w których brała udział. Kot, którego nigdzie nie widzieli, łasił się do zdjęcia. Na innym Jo rozrzucała jesienne liście i robiła głupie miny do obiektywu.
Patrick nie musiał znać szczegółów by wiedzieć, że to nie był korytarz, który Anne mogłaby poświęcić do walki. Za dużo było w nim jej wspomnień.
- Kot nie żyje – powiedziała cicho. Otworzyła usta, żeby coś jeszcze dodać, może coś jeszcze o kocie i o tym dlaczego umarł, ale rozmyśliła się zanim jakiekolwiek inne słowa na ten temat wypłynęły z jej ust. Pokręciła głową. – Ja nawet nie mam gdzie iść.
- Ewakuujemy cię do twoich rodziców – wyjaśnił niecierpliwie Patrick. Po wzmiance o śmierci kota zaczął ściągać ze ścian magiczne fotografie, na których była wspomniana przez Thomas Jo. W trakcie swojego działania, nie przestał mówić – Narzucimy na ich dom zaklęcia ochronne. Będziesz tam bezpieczna. Oni również będą bezpieczni.
Anne pokręciła głową.
- Oni nienawidzą magii a ja nie wrócę do nich. Mimo wszystko nie narażę ich na niebezpieczeństwo.
- Zbieraj najbardziej niezbędne rzeczy – rzucił Patrick, jakby nie zrozumiał, co Anne Thomas właśnie powiedziała. Albo zrozumiał, ale nie miało to dla niego żadnego znaczenia.
Pokręcił ostrzegawczo głową.
Korytarz był długi, ale dość wąski. Ledwie mieścili się w nim stojąc obok siebie z Brenną. Nie nadawał się do walki, choć od biedy mógłby stać się śmiertelnie niebezpieczną pułapką dla śmierciożerców (choć tylko w tym przypadku, gdyby Thomas zdecydowała się spalić go razem ze znajdującymi się na nim ludźmi). Ale były na nim jej wspomnienia, te nieruchome – zastygłe w czasie i przestrzeni, oraz te magiczne, całkiem jak żywe, fotografie przedstawiające szczęśliwe chwile, w których brała udział. Kot, którego nigdzie nie widzieli, łasił się do zdjęcia. Na innym Jo rozrzucała jesienne liście i robiła głupie miny do obiektywu.
Patrick nie musiał znać szczegółów by wiedzieć, że to nie był korytarz, który Anne mogłaby poświęcić do walki. Za dużo było w nim jej wspomnień.
- Kot nie żyje – powiedziała cicho. Otworzyła usta, żeby coś jeszcze dodać, może coś jeszcze o kocie i o tym dlaczego umarł, ale rozmyśliła się zanim jakiekolwiek inne słowa na ten temat wypłynęły z jej ust. Pokręciła głową. – Ja nawet nie mam gdzie iść.
- Ewakuujemy cię do twoich rodziców – wyjaśnił niecierpliwie Patrick. Po wzmiance o śmierci kota zaczął ściągać ze ścian magiczne fotografie, na których była wspomniana przez Thomas Jo. W trakcie swojego działania, nie przestał mówić – Narzucimy na ich dom zaklęcia ochronne. Będziesz tam bezpieczna. Oni również będą bezpieczni.
Anne pokręciła głową.
- Oni nienawidzą magii a ja nie wrócę do nich. Mimo wszystko nie narażę ich na niebezpieczeństwo.
- Zbieraj najbardziej niezbędne rzeczy – rzucił Patrick, jakby nie zrozumiał, co Anne Thomas właśnie powiedziała. Albo zrozumiał, ale nie miało to dla niego żadnego znaczenia.