21.09.2023, 00:49 ✶
Było sporo prawdy w tym, że chciał patrzeć tylko na tę dobrą wersję siebie. Chciał widzieć w lustrze silnego, zdecydowanego siebie mężczyznę, który zawsze wiedział co należało zrobić i nigdy niczego się nie bał. W ciągu lat więc, starannie i z uporem maniaka odsuwał od siebie wszystko to, co uważał za słabe lub mu się nie podobało. Nie było to idealne rozwiązanie i podejrzewał, że gdzieś po drodze zwyczajnie się zgubił, ale hej, przecież taki był plan, prawda? Bo kiedy mijał na ulicy witryny sklepowe widział Atreusa Bulstrode'a, niestraszonego aurora, za którym oglądała się niejedna panna. Mężczyznę, który miał przyjaciół tak samo silnych, jak on sam. Którzy tak samo drwili z życia jak on, przyjmując je w niepokorny, wyzywający sposób. Podobała mu się ta wersja, a może zwyczajnie nauczył się ją lubić? To były dla nie zbyt trudne pytania. Takie, na które może nawet bał się odpowiedzieć, żeby nie okazało się, że rozczarował samego siebie. Bo jeśli tak by było, gdyby zawiódł w kreowaniu własnego obrazka, to kto jeszcze spoglądał na niego z niezadowoleniem? Ile ludzi zamiast patrzeć na niego, odwracało spojrzenie z niesmakiem? Parę razy zdarzyło mu się w gniewie rozbić lustro, tylko dlatego że sam na siebie patrzył w ten nieprzyjemny sposób. Jakby pod wpływem chwili wyłaniało się z niego to wszystko co zgubił gdzieś po drodze i oceniało go bezwzględnie.
Laurent mógł mieć wrażenie, jak spojrzenie błękitnych, chłodnych oczu przewierca się przez niego niemal na wylot. Jak patrzy nagle przez niego, bo nagle znieruchomiało, zamiast frenetycznie przeskakując po detalach jego twarzy. Atreus widział teraz wszystko, co kłębiło się w Prewettcie, uciekając się do jego umiejętności w sposób niekontrolowany i naturalny, zwyczajnie pod wpływem emocji. Widział jak jego mieszanka czerwieni, żółci i szmaragdu zaburza się, mieszając od szoku, strachu i tych cholernych wyrzutów sumienia, od których Atreusowi robiło się niedobrze. Widząc to pomyślał, że Laurent zwyczajnie mu współczuł, a współczucie w tym momencie, wydawało się dla niego kolejnym wrogiem.
Poprawił uchwyt, czując wątłe dłonie kuzyna na swoich nadgarstkach i nie przejmując się nimi. Mimo że przed momentem zdawał się odpuścić nieco z uścisku, teraz znowu naparł na ramiona, naciskając na klatkę piersiową Laurenta i wciąż nie pozwalając mu się ruszyć.
- Nie wiesz jak to jest i nie masz prawa mnie oceniać - wycedził, marszcząc brwi. - Miesiąc i cały zmarnowany na szukaniu wiatru w polu, bo wszędzie nikt nic nie wie. Nawet twój pomysł nie zadziałał, mam rację? - jego ton zniżył się do chrapliwego, pełnego oskarżenia. - Jeden dzień, jedna butelka mnie nie zbawi. Czemu tak bardzo boli cię to, że chcę odpocząć na swoich zasadach, co? - fuknął, unosząc podbródek i tylko potęgując wrażenie, ze patrzył na niego z góry. - Wcale. Się. Nie. Rozpadam. To ty nie możesz sobie z jakiegoś powodu poradzić z tym, jak zimny jestem - rzucił wręcz wyzywająco, mierząc go spojrzeniem już normalnym, już zogniskowanym na nim w badawczy, agresywny sposób.
Laurent mógł mieć wrażenie, jak spojrzenie błękitnych, chłodnych oczu przewierca się przez niego niemal na wylot. Jak patrzy nagle przez niego, bo nagle znieruchomiało, zamiast frenetycznie przeskakując po detalach jego twarzy. Atreus widział teraz wszystko, co kłębiło się w Prewettcie, uciekając się do jego umiejętności w sposób niekontrolowany i naturalny, zwyczajnie pod wpływem emocji. Widział jak jego mieszanka czerwieni, żółci i szmaragdu zaburza się, mieszając od szoku, strachu i tych cholernych wyrzutów sumienia, od których Atreusowi robiło się niedobrze. Widząc to pomyślał, że Laurent zwyczajnie mu współczuł, a współczucie w tym momencie, wydawało się dla niego kolejnym wrogiem.
Poprawił uchwyt, czując wątłe dłonie kuzyna na swoich nadgarstkach i nie przejmując się nimi. Mimo że przed momentem zdawał się odpuścić nieco z uścisku, teraz znowu naparł na ramiona, naciskając na klatkę piersiową Laurenta i wciąż nie pozwalając mu się ruszyć.
- Nie wiesz jak to jest i nie masz prawa mnie oceniać - wycedził, marszcząc brwi. - Miesiąc i cały zmarnowany na szukaniu wiatru w polu, bo wszędzie nikt nic nie wie. Nawet twój pomysł nie zadziałał, mam rację? - jego ton zniżył się do chrapliwego, pełnego oskarżenia. - Jeden dzień, jedna butelka mnie nie zbawi. Czemu tak bardzo boli cię to, że chcę odpocząć na swoich zasadach, co? - fuknął, unosząc podbródek i tylko potęgując wrażenie, ze patrzył na niego z góry. - Wcale. Się. Nie. Rozpadam. To ty nie możesz sobie z jakiegoś powodu poradzić z tym, jak zimny jestem - rzucił wręcz wyzywająco, mierząc go spojrzeniem już normalnym, już zogniskowanym na nim w badawczy, agresywny sposób.