I może to była właśnie ta najlepsza opcja? Zamknięcie się. Tak, po prostu szczym ryj. Nie musisz się odzywać, nie musisz... niczego nie musisz. Jeśli pozwolisz tej otchłani wchłonąć pustkę - może się w końcu wypełni samą sobą. Tak jak ogień najlepiej gasł, kiedy zetknęło się go z innymi płomieniami. Ach, tak. Tak! Ogień. Pustka, otchłań, albo zwykła, pieprzona pożoga, która teraz pochłaniała wszystko, z czym się zetknęła, gdzie była, na co trafiła. Pochłaniała jego i pochłaniała Laurenta. Chyba nawet chciał ją jeszcze zatrzymać. Utrzymać. Żeby nie smagały tak językami gorąca, upału. Żeby...
I może to była najlepsza opcja - tak się nie odzywać? Mądrości nie były potrzebne Atreusowi, no przecież on sam dobrze wiee..! Przecież sobie poradzi, przecież to inni powinni byli mu zazdrości, jaki jest wspaniały, jaki, no właśnie, niepokonany! Najlepiej było karmić jego ego i prawić komplementy - tych ostatnich mu przecież nie szczędziłeś. Bo każdy chciał słyszeć, w czym jesteś dobry i każdy chciał o sobie mieć pozytywne mniemanie, a jeszcze lepiej się malować w oczach innych. W tych zwierciadłach dusz, czasem tak cholernie przekłamanych, że odruch wymiotny budził się szybciej niż po zmieszaniu różnych wódek kolorowych ze sobą. Gdybyś tylko był mądrzejszy to wiedziałbyś, że na pewno to nie było Atreusowi teraz potrzebne. Ale mądrość, jak się okazywało, była rzeczą bardzo kruchą, kiedy przytłaczały ją emocje i wszystko działo się w stratosferze oświetlonej przez supernową. Supernowa imieniem Atreus... romantyczna, piękna..? Nie. Była w zasadzie obrzydliwa. Choć Laurent by tak nigdy o swoim kuzynie nie pomyślał.
Więc może jednak - ta najlepsza opcja, co? Żeby go nie dręczyć i... co? Zostawić, żeby sobie przemyślał? Za dobrze go już znałeś - Atreus nie chciałby wrócić do tej rozmowy, teraz wydawało ci się, że jesteś wręcz tego pewien. Wycofałby się tutaj, nie dokończył tego, co rozpoczął i... koniec. A może jednak się mylił? Może wystarczyło? Nie wiedziałeś i nie dane było się przekonać. Prawdą było tylko to, że koniec końców w istocie - najlepiej było się zamknąć. Bo to, co nastało potem, było skutkiem braku wybrania ten najbardziej bezpiecznej dla ciebie samego ścieżki.
Świat mrugnął, albo to on zamrugał? Nie wiem. Na chwilę był ból i powieki same opadły, spod których toczyły się teraz łzy. Laurent bardziej jęknął niż krzyknął, jakby jego mózg nawet nie zdążył dobrze zanotować tego, co się stało i co miało tutaj miejsce. Bo nie zdążył. Brak podpory, nagłe zwolnienie oddechu z klatki piersiowej, uwolnienie ciała, poskutkowało przesunięciem się plecami po ścianie. W tym smrodzie krwi, w tej woni alkoholu. W tej pazernej ciszy, która chciała żreć więcej. Wcześniej tego kotła emocji, teraz tej pustki, jaka naprawdę nadeszła. Zimnego mrozu, który przetoczył się po tej krainie.
A Laurent płakał.
Pochylony w przód, trzymając drżące dłonie na poziomie swojego krwawiącego nosa, z rozmazanym światem przed oczami - płakał. Minęła sekunda, a może całe ich tryliony. Może to były godziny, albo to świat już sobie zupełnie z nich zakpił. Może to było po prostu pięć długich sekund, zanim podniósł oczy na Atreusa. Ale nie było tam wzgardy, nie było tam złości, nie było tam wyrzutów. Był tylko ten bezbrzeżny smutek migoczącego morza, które wylewało teraz swoje łzy, mieszając się z krwią. I wyciągnął swoją dłoń, widząc te mocno zaciśnięte pięści. Opuszczając wzrok z twarzy Atreusa wyciągnął dłoń, opadając na kolana, żeby dotknąć tej pięści. Zaciskał ją przecież tak mocno...