21.09.2023, 02:18 ✶
Najgorsze było to, że wcale nie poczuł ulgi. A przecież tak jej pragnął i tak jej wyczekiwał. Jak się jednak okazało, krzywdzenie tych, na których zależało, wcale nie było najlepszym rozwiązaniem. Wcale nie sprawiało, że ciężar zalegający na duszy malał, a wręcz przeciwnie, zwiększał się tylko, dociskając do ziemi coraz bardziej.
Patrzył na Laurenta, jak osuwa się po ścianie, a na końcu ląduje na ziemi i jak pomiędzy jego palcami wzbiera krew, kiedy przyłożył dłoń do poturbowanego nosa. Było w tym coś obrzydliwie wręcz poetyckiego, ale w ten zły i nie właściwy sposób, bo tak jak wcześniej Bulstrode był gotowy zauważyć, że Laurent przypominał to, przed czym się tak wzbraniał, tak teraz dokładnie tę część siebie krzywdził jeszcze bardziej.
Stał, z tymi swoimi zaciśniętymi pięściami, nieco może przygarbiony już nie pod wpływem tych wszystkich emocji, których wcześniej było tak wiele, a pod zmęczeniem, które go nagle zaczęło ogarniać. Był zmęczony sobą i tym gniewem, który regularnie podgryzał mu kostki od tak wielu lat. Był zmęczony popękanymi od wyładowywania frustracji dłońmi, tak samo jak ciążyły mu te wszystkie zamknięte gdzieś głęboko pokłady goryczy. Wszystkie łzy, które teraz ronił Laurent.
Najgorsze jednak chyba było to, że nawet jeśli się wreszcie zamknął, wreszcie się posłuchał, to wciąż próbował jakoś do niego dotrzeć. Wciąż pozostawał sobą, tym miękkim, delikatnym chłopcem, który nie wstydził się troszczyć o innych. I w pewnym momencie Atreus zwyczajnie się wzdrygnął, kiedy uświadomił sobie, że wyciągnięta dłoń dotknęła go z troską.
Brzydził się sobą, jak jeszcze nigdy w życiu. Nagle serce łamało mu się w pół, kiedy patrzył na kogoś, kogo przecież nazywał swoją rodziną. W życiu nie potraktowałby tak Florence lub Oriona, więc jakim prawem zrobił to jemu? Kucnął, patrząc na tę wyciągniętą dłoń i po chwili wahania zwyczajnie łapiąc ją własną. Nie było jednak w tym geście złości czy agresji, którą przed momentem aż kipiał. Była tylko pewna rezygnacja.
Oprócz tego drobnego gestu nie poruszył się jednak bardziej. Nie chciał się zbliżać, tak samo jak nie chciał, żeby Prewett zbliżył się znowu do niego i gdyby to zrobił, zwyczajnie by go od siebie odepchnął. Stanowczo, ale nie tak jak wcześniej, że uderzył nim o ścianę. Patrzył na jego zapłakaną twarz, wciąż we własnym wyrazie niemrawy i zwyczajnie pusty, pozbawiony emocji jakby wypaliły się w nim tak nagle jak wezbrały.
Patrzył na Laurenta, jak osuwa się po ścianie, a na końcu ląduje na ziemi i jak pomiędzy jego palcami wzbiera krew, kiedy przyłożył dłoń do poturbowanego nosa. Było w tym coś obrzydliwie wręcz poetyckiego, ale w ten zły i nie właściwy sposób, bo tak jak wcześniej Bulstrode był gotowy zauważyć, że Laurent przypominał to, przed czym się tak wzbraniał, tak teraz dokładnie tę część siebie krzywdził jeszcze bardziej.
Stał, z tymi swoimi zaciśniętymi pięściami, nieco może przygarbiony już nie pod wpływem tych wszystkich emocji, których wcześniej było tak wiele, a pod zmęczeniem, które go nagle zaczęło ogarniać. Był zmęczony sobą i tym gniewem, który regularnie podgryzał mu kostki od tak wielu lat. Był zmęczony popękanymi od wyładowywania frustracji dłońmi, tak samo jak ciążyły mu te wszystkie zamknięte gdzieś głęboko pokłady goryczy. Wszystkie łzy, które teraz ronił Laurent.
Najgorsze jednak chyba było to, że nawet jeśli się wreszcie zamknął, wreszcie się posłuchał, to wciąż próbował jakoś do niego dotrzeć. Wciąż pozostawał sobą, tym miękkim, delikatnym chłopcem, który nie wstydził się troszczyć o innych. I w pewnym momencie Atreus zwyczajnie się wzdrygnął, kiedy uświadomił sobie, że wyciągnięta dłoń dotknęła go z troską.
Brzydził się sobą, jak jeszcze nigdy w życiu. Nagle serce łamało mu się w pół, kiedy patrzył na kogoś, kogo przecież nazywał swoją rodziną. W życiu nie potraktowałby tak Florence lub Oriona, więc jakim prawem zrobił to jemu? Kucnął, patrząc na tę wyciągniętą dłoń i po chwili wahania zwyczajnie łapiąc ją własną. Nie było jednak w tym geście złości czy agresji, którą przed momentem aż kipiał. Była tylko pewna rezygnacja.
Oprócz tego drobnego gestu nie poruszył się jednak bardziej. Nie chciał się zbliżać, tak samo jak nie chciał, żeby Prewett zbliżył się znowu do niego i gdyby to zrobił, zwyczajnie by go od siebie odepchnął. Stanowczo, ale nie tak jak wcześniej, że uderzył nim o ścianę. Patrzył na jego zapłakaną twarz, wciąż we własnym wyrazie niemrawy i zwyczajnie pusty, pozbawiony emocji jakby wypaliły się w nim tak nagle jak wezbrały.