21.09.2023, 02:26 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.09.2023, 02:38 przez Lorraine Malfoy.)
Wewnętrzny monolog Lorraine zaczął powoli rozsadzać jej czaszkę niczym magiczna fasola z bajki o Jasiu, natrętne myśli przypominające wściekłe pnącza wiły się wokół resztek rozsądku w głowie nastolatki... Na szczęście, konwersacja z gryfonką była kaftanem bezpieczeństwa przeciwko analitycznego paraliżowi Malfoy. Brenna, z tym wartkim potokiem słów wypływających z jej ust, przypominała trochę skaczący garnek - z innej już bajki - który cały czas uprzykrzał życie swojemu upartemu właścicielowi, i wymiotował, bekał, szczekał, jęczał i hałasował (gwoli ścisłości, Brenna nie robiła nic z tych ordynarnych rzeczy, to tylko śmieszna metafora), dopóki czarodziej go nie usłuchał.
Więc i Lorraine słuchała... i wcale nie była z tego powodu nieszczęśliwa jak czarodziej z wspomnianej bajki! Przeciwnie, Malfoy lubiła gadatliwych ludzi, ponieważ wtedy ciężar grzecznej konwersacji nie spoczywał na jej barkach; jako że była bardzo wdzięcznym słuchaczem, pozwalało jej także to na wyciągnięcie z rozmówców wielu informacji na ich temat. Łatwiej było też wtedy skierować rozmowę na dalsze tory, jeżeli zaczynała krążyć niebezpiecznie blisko tematów, na które nie miała dobrych odpowiedzi, a tylko kłamstwa. Brenna na pewno nie musi kłamać, żeby mieć przyjaciół, pomyślała nagle, tak zaskoczona tą wewnętrzną rewelacją, że aż zamrugała gwałtownie.
- Smacznego i dziękuję za wyrok uniewinniający, wielki Wizengamocie - powiedziała uprzejmie (dalej myśląc o 2137 kcal w 1 żabie!!!), udając żartobliwe zamyślenie nad kolejnymi słowami Brenny. - Ja to wiem, ty to wiesz... Ale może chłopcy boją się, że nasze ropuchy to ich nieszczęśni poprzednicy, którzy ośmielili się fałszować przy opiekunce chóru. Jak ten książę-animag z bajki, który mógł odzyskać prawdziwą postać dopiero po pocałunku księżniczki... Czy coś. Nie wnikam w meandry męskiej psychiki. - wzruszyła lekko ramionami, pozwalając sobie na delikatny uśmieszek, kiedy snuła tę absurdalną teorię. - Słyszałaś w ogóle o tym nowym trendzie? Wiesz, to, kiedy dziewczyny pytają swoich chłopaków jak często myślą o wojnach z goblinami? W ogóle kto normalny myśli o wojnach z goblinami?? Ja nawet lubię historię magii, a nie robię takich rzeczy. - Uniosła lekko ręce, jakby chciała się poddać niewidzialnemu przeciwnikowi. Co prawda, sama miała swoją malutką hiperfiksację, bo często czytywała biografie słynnych alchemików... Ale to co innego!!
Aż wzdrygnęła się słysząc o tłuczku zderzającym się z czaszką Brenny; mogłaby przysiąc, że głowa zaczęła jej bardziej pulsować z bólu na samą myśl. Cóż, zupełny brak skrępowania Brenny przywodził jej czasem na myśl taki tłuczek, taki sam, jak ten, który zostawił na jej czółku ślad w postaci siniaka - oczywiście, nie poprzez swój popęd do destrukcji, tylko przez nieskrępowany lot ku wolności, bez względu na przeszkody - co tylko dowodzi, że ciągnie swój do swego.
- Na podomkę Morgany, nigdy nie zrozumiem, dlaczego dalej pozwalają wsiadać na te ustrojstwa naszpikowane czarami antygrawitacyjnymi już drugoroczniakom. - wtrąciła, zawsze gotowa wyrazić niechęć do barbarzyńskiego sportu, za jaki uważała quidditch. - Przecież latanie na miotłach zwiększa ryzyko raka prostaty.
Nie mogła jednak powstrzymać prychnięcia, kiedy Brenna pozwoliła sobie na autoironiczny żarcik. - O nie, sama przed chwilą powiedziałaś, że gracze są tam dla fanek, więc proszę, bez autopocisków, jeden już uderzył cię w głowę, wystarczy!! Przecież wiesz, że "kto się czubi, ten się lubi" - westchnęła dramatycznie Lorraine, zniżając głos do konspiracyjnego szeptu. - Dziś posłał w twoim kierunku tłuczek, jutro przyśle kwiaty. - Obdarzyła starszą dziewczynę szelmowskim uśmieszkiem. - Jeżeli chcesz, mogę ci zrobić eliksir upiększający, używam go, aby mieć lepszą cerę, powinien zakryć resztki siniaka. To ten, który kiedyś warzyłam po nocy w sali eliksirów. Tym razem będzie legalnie - dodała wesoło. Cóż, tej nocy warzyła jeszcze kilka innych substancji, ale szybko schowała większość gotowych fiolki w bieliźnie, zanim Brenna, pełniącą wtedy obowiązki prefekta, zdążyła ją przyłapać. Takie ryzyko zawodowe.
- Zobaczę, czy pielęgniarka ma w składziku dobre składniki. - ...I może parę zwinę. Powoli usiadła prosto na łóżku i spuściła powoli nogi. Kostka nie bolała tak, jak się tego spodziewała. Prawdopodobnie została od razu zaopatrzona zaklęciami, a zaaplikowane eliksiry lecznicze szybko działały na ból. Mimo wszystko poruszała się bardzo ostrożnie, unikając zbyt gwałtownych ruchów. Najbardziej chyba dokuczała jej głowa. Dobrze, że jednak nie zginęła w tej łazience.
- Powinni się cieszyć. Kiedy widzisz cztery Brenny, trudniej trafić w tę prawdziwą tłuczkiem - zasugerowała. - Och... To nie jest ten pałkarz z Chlejących Chimer? Ten, który zdradzał żonę z wapirzycą? Rozróżniam ich wszystkich tylko po skandalach, w jakich uczestniczyli.
Łatwo się zapomnieć, kiedy wszystko dookoła dalej trochę wiruje, kiszki grają czarodziejskiego walczyka, bo pomyślałaś o potrawach na świątecznym stole, a głupie serce bije w piersi jak szalone, bo boisz się, że powiesz coś nieodpowiedniego i wyjdziesz na fałszywą żmiję (którą jesteś, duh). Może rzeczywiście głupota miała wiele wspólnego z odwagą (choć w tym przypadku nie gryfońska), bo Lorraine jakimś cudem nie zeszła na zawał, kiedy uświadomiła sobie, że jej rozochocony paplaniem język powiedział, co powiedział i za chwilę będzie musiała wymyślić jakąś wiarygodną wymówkę o kochającej rodzinie, rodzinnych świętach, rodzinnej miłości, i w ogóle, rzyg. Właśnie dlatego nie wolno opuszczać gardy ani zgrywać wyluzowanego przy normalnych ludziach!!!
- Moi rodzice mają tuż przed świętami dwudziestą rocznicę ślubu, i planują w tym roku wyjątkowo wyjechać gdzieś sami. - Kłamstwo gładko spłynęło z jej języka. Przewróciła oczami, tak dla dodatkowego efektu, w niemym: "no wiesz, jacy są starzy". - To już wolę znosić dziwne żarty Dropsa. I tak, wiem dokładnie, o czym mówisz... choć profesor Slughorn potrafi być naprawdę czarujący przy bliższym poznaniu. - Lorraine miała nadzieję, że Brenna uzna delikatny rumieniec na jej policzkach za wynik nagłego wysiłku, a nie dowód na to, że Malfoy naszkicowała podobiznę profesora w swoim ulubionym notatniku do eliksirów i ozdobiła go ramką z serduszek. - Myślę, że naprawdę przejmuje się losem swoich uczniów, tylko okazuje to w trochę nietrafiony sposób. A twój brat to przecież taka trochę gwiazda swojego rocznika... Dziwne, że ty wymknęłaś się z kolekcji Slughorna. Ale pewnie gdyby zdybał cię na świętach, zaraz zacząłby cię wypytywać o plany na przyszłość, w końcu to już twój siódmy rok, prawda? Albo o jakiś wasz bal charytatywny, i że chętnie wylicytuje twój pierwszy taniec, bo tak między nami, to strasznie atencyjny z niego staruszek.
Więc i Lorraine słuchała... i wcale nie była z tego powodu nieszczęśliwa jak czarodziej z wspomnianej bajki! Przeciwnie, Malfoy lubiła gadatliwych ludzi, ponieważ wtedy ciężar grzecznej konwersacji nie spoczywał na jej barkach; jako że była bardzo wdzięcznym słuchaczem, pozwalało jej także to na wyciągnięcie z rozmówców wielu informacji na ich temat. Łatwiej było też wtedy skierować rozmowę na dalsze tory, jeżeli zaczynała krążyć niebezpiecznie blisko tematów, na które nie miała dobrych odpowiedzi, a tylko kłamstwa. Brenna na pewno nie musi kłamać, żeby mieć przyjaciół, pomyślała nagle, tak zaskoczona tą wewnętrzną rewelacją, że aż zamrugała gwałtownie.
- Smacznego i dziękuję za wyrok uniewinniający, wielki Wizengamocie - powiedziała uprzejmie (dalej myśląc o 2137 kcal w 1 żabie!!!), udając żartobliwe zamyślenie nad kolejnymi słowami Brenny. - Ja to wiem, ty to wiesz... Ale może chłopcy boją się, że nasze ropuchy to ich nieszczęśni poprzednicy, którzy ośmielili się fałszować przy opiekunce chóru. Jak ten książę-animag z bajki, który mógł odzyskać prawdziwą postać dopiero po pocałunku księżniczki... Czy coś. Nie wnikam w meandry męskiej psychiki. - wzruszyła lekko ramionami, pozwalając sobie na delikatny uśmieszek, kiedy snuła tę absurdalną teorię. - Słyszałaś w ogóle o tym nowym trendzie? Wiesz, to, kiedy dziewczyny pytają swoich chłopaków jak często myślą o wojnach z goblinami? W ogóle kto normalny myśli o wojnach z goblinami?? Ja nawet lubię historię magii, a nie robię takich rzeczy. - Uniosła lekko ręce, jakby chciała się poddać niewidzialnemu przeciwnikowi. Co prawda, sama miała swoją malutką hiperfiksację, bo często czytywała biografie słynnych alchemików... Ale to co innego!!
Aż wzdrygnęła się słysząc o tłuczku zderzającym się z czaszką Brenny; mogłaby przysiąc, że głowa zaczęła jej bardziej pulsować z bólu na samą myśl. Cóż, zupełny brak skrępowania Brenny przywodził jej czasem na myśl taki tłuczek, taki sam, jak ten, który zostawił na jej czółku ślad w postaci siniaka - oczywiście, nie poprzez swój popęd do destrukcji, tylko przez nieskrępowany lot ku wolności, bez względu na przeszkody - co tylko dowodzi, że ciągnie swój do swego.
- Na podomkę Morgany, nigdy nie zrozumiem, dlaczego dalej pozwalają wsiadać na te ustrojstwa naszpikowane czarami antygrawitacyjnymi już drugoroczniakom. - wtrąciła, zawsze gotowa wyrazić niechęć do barbarzyńskiego sportu, za jaki uważała quidditch. - Przecież latanie na miotłach zwiększa ryzyko raka prostaty.
Nie mogła jednak powstrzymać prychnięcia, kiedy Brenna pozwoliła sobie na autoironiczny żarcik. - O nie, sama przed chwilą powiedziałaś, że gracze są tam dla fanek, więc proszę, bez autopocisków, jeden już uderzył cię w głowę, wystarczy!! Przecież wiesz, że "kto się czubi, ten się lubi" - westchnęła dramatycznie Lorraine, zniżając głos do konspiracyjnego szeptu. - Dziś posłał w twoim kierunku tłuczek, jutro przyśle kwiaty. - Obdarzyła starszą dziewczynę szelmowskim uśmieszkiem. - Jeżeli chcesz, mogę ci zrobić eliksir upiększający, używam go, aby mieć lepszą cerę, powinien zakryć resztki siniaka. To ten, który kiedyś warzyłam po nocy w sali eliksirów. Tym razem będzie legalnie - dodała wesoło. Cóż, tej nocy warzyła jeszcze kilka innych substancji, ale szybko schowała większość gotowych fiolki w bieliźnie, zanim Brenna, pełniącą wtedy obowiązki prefekta, zdążyła ją przyłapać. Takie ryzyko zawodowe.
- Zobaczę, czy pielęgniarka ma w składziku dobre składniki. - ...I może parę zwinę. Powoli usiadła prosto na łóżku i spuściła powoli nogi. Kostka nie bolała tak, jak się tego spodziewała. Prawdopodobnie została od razu zaopatrzona zaklęciami, a zaaplikowane eliksiry lecznicze szybko działały na ból. Mimo wszystko poruszała się bardzo ostrożnie, unikając zbyt gwałtownych ruchów. Najbardziej chyba dokuczała jej głowa. Dobrze, że jednak nie zginęła w tej łazience.
- Powinni się cieszyć. Kiedy widzisz cztery Brenny, trudniej trafić w tę prawdziwą tłuczkiem - zasugerowała. - Och... To nie jest ten pałkarz z Chlejących Chimer? Ten, który zdradzał żonę z wapirzycą? Rozróżniam ich wszystkich tylko po skandalach, w jakich uczestniczyli.
Łatwo się zapomnieć, kiedy wszystko dookoła dalej trochę wiruje, kiszki grają czarodziejskiego walczyka, bo pomyślałaś o potrawach na świątecznym stole, a głupie serce bije w piersi jak szalone, bo boisz się, że powiesz coś nieodpowiedniego i wyjdziesz na fałszywą żmiję (którą jesteś, duh). Może rzeczywiście głupota miała wiele wspólnego z odwagą (choć w tym przypadku nie gryfońska), bo Lorraine jakimś cudem nie zeszła na zawał, kiedy uświadomiła sobie, że jej rozochocony paplaniem język powiedział, co powiedział i za chwilę będzie musiała wymyślić jakąś wiarygodną wymówkę o kochającej rodzinie, rodzinnych świętach, rodzinnej miłości, i w ogóle, rzyg. Właśnie dlatego nie wolno opuszczać gardy ani zgrywać wyluzowanego przy normalnych ludziach!!!
- Moi rodzice mają tuż przed świętami dwudziestą rocznicę ślubu, i planują w tym roku wyjątkowo wyjechać gdzieś sami. - Kłamstwo gładko spłynęło z jej języka. Przewróciła oczami, tak dla dodatkowego efektu, w niemym: "no wiesz, jacy są starzy". - To już wolę znosić dziwne żarty Dropsa. I tak, wiem dokładnie, o czym mówisz... choć profesor Slughorn potrafi być naprawdę czarujący przy bliższym poznaniu. - Lorraine miała nadzieję, że Brenna uzna delikatny rumieniec na jej policzkach za wynik nagłego wysiłku, a nie dowód na to, że Malfoy naszkicowała podobiznę profesora w swoim ulubionym notatniku do eliksirów i ozdobiła go ramką z serduszek. - Myślę, że naprawdę przejmuje się losem swoich uczniów, tylko okazuje to w trochę nietrafiony sposób. A twój brat to przecież taka trochę gwiazda swojego rocznika... Dziwne, że ty wymknęłaś się z kolekcji Slughorna. Ale pewnie gdyby zdybał cię na świętach, zaraz zacząłby cię wypytywać o plany na przyszłość, w końcu to już twój siódmy rok, prawda? Albo o jakiś wasz bal charytatywny, i że chętnie wylicytuje twój pierwszy taniec, bo tak między nami, to strasznie atencyjny z niego staruszek.