Płakał. Płakał, ponieważ bolało. Człowiek płacze, kiedy coś go boli - to naturalne. Płacze, kiedy wszystko już jest zbyt dużym ciężarem i nie możesz go dźwigać na swoich ramionach. Ramiona Laurenta były w końcu bardzo słabe. Bolało go ciało, bolały go zmaltretowane ramiona, bolała go głowa. Płakał, ponieważ bał się krwi. A ta krew wydawała się być teraz wszędzie, bo była zbyt blisko oczu. Wszędzie, bo na jego ubraniach, na jego dłoniach. Na dłoniach Atreusa. Bał się przemocy. Tego bólu. Bał się tak wielu rzeczy w swoim życiu, ale nie potrafiłby bać się człowieka, który przed nim stał... prawda? Tego pogardliwego niemal spojrzenia, które mu rzucał. Czemu..? Za często siebie samego o to pytał. I czasami naprawdę nie rozumiał, czemu na to zasłużył i dlaczego to wszystko było taką marnością nad marnościami. Płakał, bo bolało go serce. I w końcu płakał, bo Atreus płakać nie potrafił. Bo ktoś musiał mu chyba pomóc się wypłakać, a może popłakać za niego, być delikatnym - za niego. Być czułym również za niego. Przytulić się, pogładzić po włosach, zapewnić, że wszystko jest dobrze, bo kiedy nie byłeś sam - było dobrze. Dopóki ktoś mógł ci podać dłoń. Nie, samodzielność w tym świecie nie oznaczała tego, że robisz wszystko sam. Nawet ptaki zbierały się w grupy. Nawet one migrowały razem, dobierały się w pary, współpracowały ze sobą. I nawet przy nich latały inne. To nie człowiek musiał pomóc ptakowi się wznieść. To on musiał uwierzyć, że jest wart, aby go podniesiono. Że jest wart pomocy.
Złapał palcami tą rozluźnioną dłoń tak wdzięczny, że nie zaciskała się mocniej. Prawie widział oczami wyobraźni wbijające się w skórę paznokcie, to, że Atreus dalej by siebie samego krzywdził. Wyciągnął drugą dłoń, by zamknąć tą jego w swoim uścisku, osiadając na ziemi i nie próbując nawet się podnosić, zbliżać, czy oddalać. Po prostu tu siedział i płakał z opuszczoną głową. Zdając sobie sprawę, jakie to żałosne, ale nie potrafił na to poradzić. Miał to, czego nie miał Atreus. Atreus miał to, czego nie miał on. Nie istniał tu balans - byli jak ying i yang, jeden miał cząstkę drugiego. Ciągle krążące wobec siebie barwy, płynnie przeplatające, a czasem wręcz przenikające. Tworząc odcienie szarości. Ta tutaj... ta dzisiejsza szarość była skroplona czerwienią. A przecież czerwień nie powinna gościć w spotkaniu, które miało być odmierzane siłą Ładu. Nie Chaosem.
Te nawet nie drżące, a wręcz trzęsące się dłonie zostały cofnięte z palców Atreusa, Laurent zaszlochał i sięgnął po chustkę. Żeby wytrzeć swoje policzki, otrzeć łzy... krew. Było mu słabo. Od utraty energii, od tego mdlącego smrodu żelazistej krwi, od tych emocji, które spływały po nim jak woda po łabędzich piórach. Ale otarł te łzy, musnął kawałek skóry, bo nie sam nos i spojrzał na Atreusa. Z uśmiechem. Mimo, że łzy nadal płynęły, a on starał się je wycierać, jakby były jakimiś plamkami uporczywie pojawiającymi się na stole przy rodzinnej herbatce.
- Już w porządku. - Zapewnił go, podnosząc się z ziemi, żeby zyskać chociaż minimum jakiejś godności osobistej ściśniętej pod butem. Zachwiał się na drobny moment przy tym wstaniu. Wcale nie było w porządku. Tak, spojrzał na Atreusa i w jego oczy. - Pójdę już. Wystarczająco uprzykrzyłem ci życie. Przepraszam, Atreusie. - Nie, nie przepraszał za przekaz, za to, co próbował mu (nieudolnie) wyjaśnić. Przepraszał za to, że doprowadził mężczyznę do takiego stanu i właśnie za to, że to było nieudolne. Było mu wstyd. Na tyle, że nie był w stanie utrzymać kontaktu wzrokowego na dłużej. Bo nie potrafił nawet utrzymać na zbyt długo tego uśmiechu.
To, co wydarzyło się tego dnia pod tym dachem nikomu nie poprawiło samopoczucia.