21.09.2023, 09:38 ✶
Nawet nie przyszłoby jej do głowy, że Lorraine musi kłamać, by mieć przyjaciół. Dlaczego by miała? Była ładna, miała rozpoznawalne nazwisko i zdawała się całkiem przyjacielska oraz bystra. Mimo przyjaźni z kilkoma Ślizgonami, Brenna nie pojmowała chyba wciąż w pełni dynamiki tamtejszego Pokoju Wspólnego. Poza tym, co tu kryć, nawet jeśli była paplą i zachowywała się absolutnie nie tak, jak przystało na dziecko czystej krwi, ta czysta krew, pieniądze i stojąca za nią armia krewnych, do niedawna uczących się w Hogwarcie, na pewno pomagały. Zapewniały jej pewną pozycję, o którą nawet nie musiała zabiegać.
Pewnie gdyby była biedna albo była mugolaczką, wszystko wyglądałoby dla niej dużo gorzej.
- Wojny z goblinami? Poważnie? Mama czasem mówi, że zachowuję się jak chłopak, ale najwyraźniej nie ma racji, bo robię absolutnie wszystko, żeby nie myśleć o rebeliach goblinów. Zwłaszcza teraz, kiedy uwolniono mnie od lekcji historii magii... chociaż muszę przyznać, że całkiem brakuje mi tych drzemek w ciągu dnia, zwłaszcza odkąd nauczyłam się transmutować ławkę tak, żeby była miękka jak poduszka...
Był w tym swego rodzaju paradoks, bo Brenna uwielbiała opowieści i słynnych czarodziejów. Między innymi dlatego tak lubiła karty z czekoladowych żab: to byli ludzie, którzy przyszli... wcześniej. A jednocześnie absolutnie nienawidziła historii magii.
- Może napiszę do brata i spytam, jak często on myśli o goblinach - dodała z odrobiną zaintrygowania.
Erik pewnie nawet się nie zdziwi. Nie, gdy nadawcą będzie ona. Bo Brenna chyba faktycznie przypominała taki ludzki tłuczek. Ewentualnie złoty znicz: patrzysz i jest, mrugniesz, a on już gdzieś poleciał i znikł bez śladu.
- Czego? - zdziwiła się, bo jako żywo nigdy nie słyszała o czymś takim. - Hm, byłoby to intrygujące. Takie wiesz, jak ją prawie zabiję, to zwróci na mnie uwagę, bo trudno zignorować śmierć. Albo jak ją ogłuszę to nigdzie sobie nie pójdzie? Ale obawiam się, że po pierwsze to był chyba Ślizgon, a wasza drużyna mnie nie lubi, bo mój brat był obrońcą i dwa lata temu wniosłyśmy na finały z Mavy taki wielki transparent na jego cześć, po drugie, nigdy nie dostałam kwiatów. Może ktoś mu zapłacił, żeby mnie walnął, bo miał dość mojego gadania?
Nie wydawała się jednak z powodu braku kwiatów ani trochę smutna. Czemu by miała, skoro zamiast tego przyjaciele i kuzynki obsypali ją stosem słodyczy? Sięgnęła zresztą po lizaka i odpakowała go sobie z papierka. - Hej, a ty gdzie? Nie powinnaś wstawać - zaniepokoiła się, widząc, że Malfoyówna próbuje wstać z łóżka. I to żeby robić jej jakieś eliksiry! Po tym, jak zemdlała w szkolnej łazience! - Nie przejmuj się, to rana bojowa. Rany bojowe obnosi się z dumą. Ludzie będą się zastanawiać, czy zderzyłam się z jakimś drzewem czy ktoś mi przywalił, to przecież doskonała zabawa, gdy tak na ciebie patrzą i głupio im spytać... - zapewniła. Nie wstała z łóżka, za to usiadła na nim, tak na wszelki wypadek, gotowa rzucać się łapać Lorraine, gdyby ta od zbyt nagłego wstania postanowiła nagle mdleć.
Zmieszała się trochę, kiedy Malfoy przyznała, że zostaje na święta w zamku. To zdawało się Brennie przykre, bo rocznica ślubu rocznicą, ale mogli wyjechać sobie przez cały rok, a córkę w ciągu semestru zobaczyć mogli tylko przez te parę dni...
- Ślimak jest całkiem miły i świetny w eliksirach, ale tak szczerze, to mam wrażenie, że dba tylko o tych bardzo utalentowanych albo bardzo bogatych - walnęła z typową dla siebie bezpośrednością, która pewnemu wygładzeniu miała ulec dopiero po Hogwarcie. - Chcesz jechać do mnie? To znaczy ma święta. Rodzice nie zaprotestują. Zresztą nawet nie zauważą, w domu jest wtedy tyle ludzi, że każdy uzna, że tak ma być, nawet jeśli w życiu cię na oczy nie widział. To absolutny dom wariatów i możesz po jednym dniu próbować ucieczki doskonałej, ale mamy za to bardzo ładną choinkę i robimy konkursy na najładniejsze bałwany - dorzuciła, takim tonem, jakby pytała, czy dziewczyna nie chce przejść się z nią do klasy. Bo właściwie dla Brenny było to przyrównywane. Zaproszenie prawie obcej osoby na święta nie było dla niej wtedy niczym nadzwyczajnym, a że do domy lubiła przywlekać zwierzaki i ludzi, nikogo by to nie zdziwiło.
Oczywiście, dziesięć lat później, nie zaprosiłaby Lorraine do swojego domu za żadne skarby. Nie z powodu charakteru, nazwiska, zawodu, a jej znajomości. Ale w tej chwili wojna nawet się Brennie nie śniła (a raczej śniła, ale ta z Grindewaldem), i nie sądziła, że kiedykolwiek będzie martwić się o bezpieczeństwo tak wieku ludzi, że od innych przyjdzie się jej cofnąć o kilka kroków.
Pewnie gdyby była biedna albo była mugolaczką, wszystko wyglądałoby dla niej dużo gorzej.
- Wojny z goblinami? Poważnie? Mama czasem mówi, że zachowuję się jak chłopak, ale najwyraźniej nie ma racji, bo robię absolutnie wszystko, żeby nie myśleć o rebeliach goblinów. Zwłaszcza teraz, kiedy uwolniono mnie od lekcji historii magii... chociaż muszę przyznać, że całkiem brakuje mi tych drzemek w ciągu dnia, zwłaszcza odkąd nauczyłam się transmutować ławkę tak, żeby była miękka jak poduszka...
Był w tym swego rodzaju paradoks, bo Brenna uwielbiała opowieści i słynnych czarodziejów. Między innymi dlatego tak lubiła karty z czekoladowych żab: to byli ludzie, którzy przyszli... wcześniej. A jednocześnie absolutnie nienawidziła historii magii.
- Może napiszę do brata i spytam, jak często on myśli o goblinach - dodała z odrobiną zaintrygowania.
Erik pewnie nawet się nie zdziwi. Nie, gdy nadawcą będzie ona. Bo Brenna chyba faktycznie przypominała taki ludzki tłuczek. Ewentualnie złoty znicz: patrzysz i jest, mrugniesz, a on już gdzieś poleciał i znikł bez śladu.
- Czego? - zdziwiła się, bo jako żywo nigdy nie słyszała o czymś takim. - Hm, byłoby to intrygujące. Takie wiesz, jak ją prawie zabiję, to zwróci na mnie uwagę, bo trudno zignorować śmierć. Albo jak ją ogłuszę to nigdzie sobie nie pójdzie? Ale obawiam się, że po pierwsze to był chyba Ślizgon, a wasza drużyna mnie nie lubi, bo mój brat był obrońcą i dwa lata temu wniosłyśmy na finały z Mavy taki wielki transparent na jego cześć, po drugie, nigdy nie dostałam kwiatów. Może ktoś mu zapłacił, żeby mnie walnął, bo miał dość mojego gadania?
Nie wydawała się jednak z powodu braku kwiatów ani trochę smutna. Czemu by miała, skoro zamiast tego przyjaciele i kuzynki obsypali ją stosem słodyczy? Sięgnęła zresztą po lizaka i odpakowała go sobie z papierka. - Hej, a ty gdzie? Nie powinnaś wstawać - zaniepokoiła się, widząc, że Malfoyówna próbuje wstać z łóżka. I to żeby robić jej jakieś eliksiry! Po tym, jak zemdlała w szkolnej łazience! - Nie przejmuj się, to rana bojowa. Rany bojowe obnosi się z dumą. Ludzie będą się zastanawiać, czy zderzyłam się z jakimś drzewem czy ktoś mi przywalił, to przecież doskonała zabawa, gdy tak na ciebie patrzą i głupio im spytać... - zapewniła. Nie wstała z łóżka, za to usiadła na nim, tak na wszelki wypadek, gotowa rzucać się łapać Lorraine, gdyby ta od zbyt nagłego wstania postanowiła nagle mdleć.
Zmieszała się trochę, kiedy Malfoy przyznała, że zostaje na święta w zamku. To zdawało się Brennie przykre, bo rocznica ślubu rocznicą, ale mogli wyjechać sobie przez cały rok, a córkę w ciągu semestru zobaczyć mogli tylko przez te parę dni...
- Ślimak jest całkiem miły i świetny w eliksirach, ale tak szczerze, to mam wrażenie, że dba tylko o tych bardzo utalentowanych albo bardzo bogatych - walnęła z typową dla siebie bezpośrednością, która pewnemu wygładzeniu miała ulec dopiero po Hogwarcie. - Chcesz jechać do mnie? To znaczy ma święta. Rodzice nie zaprotestują. Zresztą nawet nie zauważą, w domu jest wtedy tyle ludzi, że każdy uzna, że tak ma być, nawet jeśli w życiu cię na oczy nie widział. To absolutny dom wariatów i możesz po jednym dniu próbować ucieczki doskonałej, ale mamy za to bardzo ładną choinkę i robimy konkursy na najładniejsze bałwany - dorzuciła, takim tonem, jakby pytała, czy dziewczyna nie chce przejść się z nią do klasy. Bo właściwie dla Brenny było to przyrównywane. Zaproszenie prawie obcej osoby na święta nie było dla niej wtedy niczym nadzwyczajnym, a że do domy lubiła przywlekać zwierzaki i ludzi, nikogo by to nie zdziwiło.
Oczywiście, dziesięć lat później, nie zaprosiłaby Lorraine do swojego domu za żadne skarby. Nie z powodu charakteru, nazwiska, zawodu, a jej znajomości. Ale w tej chwili wojna nawet się Brennie nie śniła (a raczej śniła, ale ta z Grindewaldem), i nie sądziła, że kiedykolwiek będzie martwić się o bezpieczeństwo tak wieku ludzi, że od innych przyjdzie się jej cofnąć o kilka kroków.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.