Laurenta nie trzeba było namawiać do tego, żeby przedstawić go komuś, czy też go z kimkolwiek zapoznawać. Och, wręcz przeciwnie! Bardzo chętnie poznawał nowe osobistości, to i chętnie uśmiechnął się do swojego niemalże imiennika - Laurenca - podając mu dłoń, przedstawiając się, tak i miał ochotę wytarmosić jego małego, kochanego szkraba, ale och - nie wypadało! Za to podał również dłoń Louisowi, o ile ten nie był na tyle zawstydzony, żeby uciekać za nogę ojca. Dzieci było za łatwo speszyć. Spojrzał również na osoby, na które zwracała uwagę Victoria - było tutaj naprawdę dużo jej krewnych i w pełni to rozumiał. O wiele łatwiej było mu się rozeznać dzięki nią w Lestrenge niż w Nottach, ale i za tą częścią rodziny powiodły jego oczy. Ciekaw był, czy Philip odważył się zaprosić swoich rodziców. Między innymi tego ciekaw, bo przecież był też jego starszy brat i pewnie całe stadko kuzynek i kuzynów oraz innych krewnych, którzy chcieli zobaczyć to widowisko.
- Tego? Poziomu testosteronu w powietrzu? Tego się nie da nie wyczuć. - Zaśmiał się cicho, rozglądając jeszcze rozbłyskanymi oczyma tu i ówdzie. Jeszcze błyszczącymi, bo to pewnie się zmieni, kiedy już rozpocznie się pojedynek. Co prawda tego nie powiedział z uwagi nie nawet nie grzeczność, ale na to, że nie chciał wyjść na chełpiącego się paniczyka. Tym bardziej nie chciał przypadkowo sprawić Victorii przykrości wiedząc, jak wiele rozterek tego przeżywa. Tym nie mniej mógłby powiedzieć, że również nie rozumie - bo jemu to jakoś nigdy nie było do pomocy potrzebne. Potem mógłby dodać, że nawet to rozumiał pod innym względem - było coś ekscytującego w pokazie siły. Tylko, no właśnie - siły, nie agresji. Przy niektórych osobach kolana same miękły. - Ooch, no dobrze, przyznam, że trochę im zazdroszczę. - Powiedział to żartem, ale w zasadzie to była prawda. Zazdrościł im. Nie było to tak intensywne jak w szkole, kiedy dostawał białej gorączki, starając się dorównać osobom, którym dorównać nie był w stanie.
Widząc uniesioną dłoń Atreusa zagaił Victorię, żeby tam się skierowali.
- Dobry wieczór, panowie. Mniemam, że życzeń powodzenia nie potrzebujecie, w końcu z faktami się nie dyskutuje. - Uśmiechnął się, spoglądając na Atreusa, to na Louvaina. Tym nie mniej - było to z jego strony życzenie powodzenia. Jakby nie patrzeć. Louvain był tak nieziemsko przystojny, że to aż nielegalne. W zestawieniu z Atreusem byli jak para bogów wypuszczanych na wybieg, żeby dziewczynki sobie mogły pooglądać i poużywać. Dejm, dla takich widoków nie trzeba było lubić pojedynków magicznych, żeby chcieć się tu dostać - cena biletów nie grała roli. Laurent zaraz jednak odbiegł wzrokiem od panów, szukając spojrzeniem Philipa. I znalazł go - pogrążonego w rozmowie. Uśmiechnął się lekko i wrócił znów spojrzeniem do tu obecnych person.