Z tego wszystkiego co zapewne analizował Laurent, jedno się zgadzało. Lecz o tym nie wiedział. Śmierciożerca stał przed nim i rozmawiał. Nicholas jednak umiał ukrywać przed innymi swoje prawdziwe oblicze. Rozmawiając teraz, nawiązywał do tego, jak tamtego pamiętnego dnia zachowywał się Prewett. Potrafił utrzymać z nim kontakt i rozmawiać w jego „tonacji poezji”. Co miało być efektem wzbudzenia zaufania. To jednak w tym momencie prysło jak bańka mydlana. Przed sobą Nicholas miał innego Lukrecję. Nie nafaszerowanego narkotykami. Tamten był bardziej uległy. Ten? Wydawał się być bardziej ostrożniejszy.
To nieufne spojrzenie, które spoglądały w chłodne oczy śmierciożercy. Yaxley nie przyszedł po to aby mu zrobić krzywdę. Nie miał takiego zamiaru, potrzeby i zlecenia. Nie kłamał, że zjawił się z własnej woli i prywatnych sprawach. Abraksany się poruszyły i Nicholas zerknął przez ramię, widząć za sobą Michaela. Zaraz za nim dwóch kolejnych. Uniósł dłonie jakby chciał zapewnić, że nie ma złych zamiarów, nie trzymał w żadnej dłoni różdżki, ani innej broni. Szanował magiczne stworzenia. Znał ich siłę i spryt.
- Nie zrobię mu krzywdy.Zapewnił abraksany, choć był świadom temu, że żadne z nich mu nie ufa. Nie muszą. Ten świat jest już wystarczająco zakłamany. Gdyby miał za cel zrobić krzywdę Laurentowi, zabić go czy cokolwiek innego, nie stałby i nie rozmawiał. Tylko zaczął działać, znajdując odpowiedni ku temu moment. Nie miał powodu tego czynić. Ani też szantażować. Uwierzył mu, ale w doborze słów i tonie głosu brzmiał z zachowaniem ostrożności. Nicholas to doceniał. Obejrzał się za siebie, aby upewnić, że abraksany postanowiły się oddalić. Wtedy mógł na spokojnie porozmawiać z Prewettem.
Zwrócił się ku niemu, kiedy młody zaczął konwersację, opuszczając ręce wzdłuż ciała. Pozwolił mu się wypowiedzieć, robiąc przerwę aby później dokończyć, wyjaśniając co tam zaszło.
- Domyśliłem się, jak zacząłeś mi poetyzować. Utrzymywałem z Tobą ten sam poziom, abyś nie czuł się bardziej krzywdzony. Spełniony. Choć może nie kontrolowałeś tego, bo byłeś na jego lekach.Odparł. Pamiętał, jak wtedy zadał mu to pytanie, czy jest poetą, czy coś bierze. Laurent tamtego dnia nie potrafił określić się konkretnie.
- Przy mnie tamto miejsce tak nazywałeś. Więzieniem. Uszanuję jednak, że nie chcesz do tego wracać.
Wyjaśnił. Bo może owe słowo było przez Nicholasa źle interpretowane, ale to tak bywa, jak się współżyje z naćpanym aniołem. Kiedy Laurent kontynuował, Nicholas skrzyżował ręce na klatce piersiowej i przeszedł się parę kroków, aby oprzeć tyłkiem o fragment niskiego ogrodzenia.
- Nie mam powodu do szantażowania Cię. Spotkanie nasze pamiętasz, ale mnie chyba nie do końca. Dlatego musiałem sięgnąć do przeszłości, co widać, dla ciebie jest bolesnym tematem. Mimo wszystko widzę, że udało Ci się uciec.
Stwierdził rozglądając się po okolicy, rzuciwszy też na chwilę spojrzenie w kierunku abraksanów. Nie miał powodów, aby szantażować Laurenta. Niczego sobie nie obiecywali. Nicholas nie zabrał go z tamtego miejsca. Zostawił. Niczemu sobie dłużni nie byli. A skoro większości Laurent nie pamiętał, tym lepiej. Nie będzie próbował go zmienić i bawić w wyjmowanie jakiegoś lodowego szkiełka z jego zamrożonego serca.
Na słowa wyjaśnienia o klątwie, Nicholas uniósł lekko kącik ust, jakby ten temat trochę wydawał się chory, zabawny. Uwierzyć w klątwę słów. Może to wina amortencji w tamtym miejscu, kiedy się zabawili.
- Zwalmy na to, że tamtego dnia zapach kadzidła zaburzył mi myślenie.. Ale tak. Odebrałem twoje słowa jak rzucenie klątwy. Gdyż bywały momenty, że nie mogłem przestać o Tobie myśleć. Gdy przeczytałem o zamknięciu Rose Noire, zastanawiałem się, jak do tego doszło. Czy jesteś cały. Nie szukałem Cię. Stwierdzając, że jeżeli żyjesz, to zapewne radzisz sobie jakoś.
Ponownie rozejrzał się po okolicy, aby ostatecznie spojrzenie ulokować na twarzy Laurenta. Wyglądał inaczej niż wtedy, z powagą i ostrożnością. Nie wydawał się być uległy jak dawniej.
- Jestem skłonny przystać na to, że to, co miało tam miejsce, pozostaje między nami.
To raczej było priorytetem dla Nicholasa. Jeżeli jego obcowanie z tą samą płcią ujrzy światło dzienne, zaburzyć może dobre nazwisko ich rodziny. Jest dziedzicem, na którego ciąży nacisk znalezienia żony i spłodzenie potomka. Miał nadzieję, że Laurent też tego chce.