To, że jeszcze żyli, wydawało się cudem. Czy to w ogóle było życie? Czy sen we śnie? Albo jakaś sztuczka, ułuda? Ból w nadgarstku i głowie chyba był pulsem mówiącym o tym, że to już jest rzeczywistość. Z drugiej strony - przecież w tamtym śnie też bolało... ale zanim stracił przytomność słyszał te głosy. Słyszał je również teraz. To jakiś znak?
- Nie... Stanley, poczekaj... - To miało zabrzmieć o wiele bardziej stanowczo, niż brzmiało. A brzmiało dość słabo i Laurent by powiedział, że prawie żałośnie. Niby sam się nie trząsł, niby nie miał problemów z równowagą, a miał wrażenie, że świat w jego oczach trzęsie się, drży i rozpada. Złapał go za rękaw koszuli, kiedy tak zaczął go poklepywać. - Nie rozdzielajmy się. Sam wejście tutaj ścięło nas z nóg. Myślisz, że będzie lepiej idąc dalej? - Logicznym wyjściem byłaby po prostu ucieczka. Wymeldowanie się z tego nawiedzonego miejsca. Oczywiście, że logiczne, gdyby nie to, że w miejscu, w którym byli, było o wiele więcej ciał. I o wiele więcej osób, na których Laurentowi zależało, a których nie mógłby porzucić. Ale nawet pomijając to - nie potrafiłby zostawić tych głosów. Być może one nie opuściłyby również jego.
- Nie wiem... upadłem, może się uderzyłem... - Kiedy się upada mdlejąc, tracąc przytomność, ma się to do siebie, że nie bardzo kontrolowało się ten upadek nawet pomimo najszczerszych chęci. - Słyszałem je zanim straciłem przytomność. - To było chyba rozwianiem wątpliwości co do tego, że słyszał tajemnicze głosiki dlatego, że się nieopacznie uderzył. - Nie, po prostu... idziemy razem. Potrzebuję waszej pomocy, nie dam rady sam. - Zabrzmiał trochę panicznie, trochę jak przyciśnięty do rogu zwierzak. Bo tak się czuł. Nie było tutaj Brenny, Victorii, nie było Atreusa i paru innych osób, które być powinni. A skoro tak - co się z nimi stało, gdzie byli? - Czuję, że to jest jednym z kluczy do rozwiązania klątwy tego statku. Potrzebuję was. Zaufajcie mi. - Poprosił mężczyzn, bo on mógł ich nawigować, ale sam... nie wiedział, czy byłby w stanie zrobić cokolwiek samemu.
Nie bardzo wiedział, czy ufali, czy chcieli zaufać, czy zamierzali z nim iść - ale i tak początek wędrówki był taki sam. W dół.
Laurent wyciągnął różdżkę, starając się podążać za tymi głosami. Zwrócę was morzu. Zwrócę was morzu, pomóżcie mi! Poprowadźcie mnie do siebie... Nie miał pojęcia, czy go słyszały, ale musiał chociaż spróbować nawiązać z nimi jakikolwiek kontakt. Jeśli nie tak, to może śpiewem..? Może wtedy by go usłyszały..? I pewnie usłyszałoby też wszystko, co znajdowało się na tym statku. Czy zjawy, duchy i inne dziwne twory czarnej magii również ulegały magii selkie nie wiedział - i nie chciał sprawdzać i się przekonywać.
Nie był to może szaleńczy bieg, ale na pewno Laurent nie szedł. Czas. Prawie czuł, jak jego mocno bijące serce odmierzało sekundy w przyśpieszonym tempie. I kiedy zwolniło, a wręcz się zatrzymało, gdy zobaczył nieprzytomne osoby rozłożone w atrium. Żywi? Martwi? Otworzył szeroko oczy, czując przerażenie wspinające się po plecach i zaciskające kościste palce na jego szyi. Prawie podskoczył, kiedy usłyszał głos - tym razem nie w swojej głowie, a nad nią. Poderwał odruchowo spojrzenie na drobny moment. Logika podpowiadała, że... Jeśli nawet Laurent mógłby mieć wątpliwości co do tego, czy nie lepiej zostawić Perły Morza w cholerę to teraz doskonale wiedział, że nie było takiej możliwości. Nie, kiedy ludzie mogli tutaj zginąć. I nie miało znaczenia bliscy czy też nie. Życie było zbyt cenne, by je porzucać.
Laurent zacisnął zęby czując, jak wszystkie włoski na jego skórze stoją dęba, naelektryzowane nagłym uderzeniem adrenaliny wywołanej strachem i koniecznością walki - o życie. Złapał Anthony'ego za rękaw i kiwnął głową na Stanleya, pokazując im następnie ruchem tej głowy jedno z przejść - to najbliższe lub najbardziej bezpieczne pod względem możliwości przemknięcia tam. A jeśli nie było między nimi różnicy - to lewe. Uniósł różdżkę, by bezgłośnie transmutować ich ciała tymczasowo, by stały się na kształt skóry kameleona - kamuflowały i dopasowywały idealnie do otoczenia, jakby całkowicie przepuszczało przez nich obraz. Oczywiście zdawał sobie sprawę z tego, że nie czyniło ich to idealnie niewidzialnymi, nie wiedzieli, czy ten duch, albo cokolwiek to było, ich jakoś nie wyczuje. No chyba, że jednak czyniło ich niewidzialnymi? Niczego nie wiedzieli. Ale może akurat..?
Tak czy siak cel był prosty - znaleźć Głosy.
Zaklęcie "kameleona" vel pseudo niewidzialności z Transmutacji
Akcja nieudana
Akcja nieudana