21.09.2023, 18:31 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.09.2023, 18:32 przez Mavelle Bones.)
Zęby złapały powietrze.
Była zła. Bardziej zła niż przerażona, choć strach nadal, rzecz jasna, tam gdzieś był.
Ale nie bała się o siebie. Bała się o Brennę, o to, że coś jej się stanie, że nie uda się jej ochronić... nie, tego by chyba nie przeżyła, gdyby się okazało, iż coś się stało jej siostrze. Coś, czemu nie udało jej się zapobiec, coś, co byłoby nieodwracalne...
Ciemność. Krzyk.
Nie odpowiedziała na wezwanie - bo wszystko zniknęło.
Nie na długo. Znów ujrzała las, las ze wspomnień z dawnych lat. Sierść na karku się zjeżyła, gdy w nozdrza ponownie uderzyła ją metaliczna woń krwi.
Pamiętała.
W ciemnościach błysnęły złote oczy.
Była Mavelle, ale i jednocześnie nią nie była. Duży, większy niż normalnie wilk biegł, podążając za zapachem. Szybciej, coraz szybciej, byleby tylko zdążyć. Krzyk dobiegł uszu, ale znów - nie odpowiedziała.
Bo była wilczycą, która polowała.
Polowała na nieznajomego mężczyznę, polowała na tego, który z nieznanych powodów (jeszcze - może Brennie będzie wiedziała coś więcej? O ile to nie był tylko sen. Jej sen, projekcja przeróżnych obaw, zebranych w zmieniającą się ciągle wizję, zawierającą jednak wspólny, powtarzający się element). Polowała, więc milczała, choć warkot wzbierał gdzieś w głębi gardzieli.
Nie ostrzegało się ofiary o swojej bliskości.
Biegła. Ciemny cień pośród drzew, przecinający księżycowe ścieżki. Pełnia, czas wilkołaków...
... czas łowów. Tyle że nie wzywała watahy, nie gromadziła stada, by mogło napełnić swoje żołądki. Bo to nie była kwestia przetrwania, tylko kwestia ochrony. I zemsty za wyrządzone krzywdy. Nie znajdowała się w Zakazanym Lesie, nie naprawdę, a jednak wszystko to czuła. Igliwie pod łapami. Woń leśnego runa i mieszkających tu zwierząt. Pęd smagający futro.
Krew, wybijająca się ponad wszystko, woń wyraźna niczym nić Ariadny, prowadząca Tezeusza do wyjścia z labiryntu.
Szybko. Szybciej. Jeszcze. Byleby zdążyć.
Błonia Hogwartu niemalże niespodziewanie się przed nią otworzyły; gwiazdy nad głową wespół z księżycem normalnie obudziłyby jakąś nienazwaną tęsknotę, ale teraz? Teraz dawały tyle światła, by mogła dostrzec dwie sylwetki. Jedną, padającą na ziemię, drugą, górującą, mającą przewagę.
Ponownie zdusiła narastający warkot. Ta śmierć powinna nadejść w ciszy, niespodziewanie. Jeszcze kilka susów. Wybicie się. Znów - popchnąć, powalić swym ciężarem, zacisnąć zęby.
Była gotowa poczuć w paszczy smak ciepłej, buchającej z tętnic krwi...
Była zła. Bardziej zła niż przerażona, choć strach nadal, rzecz jasna, tam gdzieś był.
Ale nie bała się o siebie. Bała się o Brennę, o to, że coś jej się stanie, że nie uda się jej ochronić... nie, tego by chyba nie przeżyła, gdyby się okazało, iż coś się stało jej siostrze. Coś, czemu nie udało jej się zapobiec, coś, co byłoby nieodwracalne...
Ciemność. Krzyk.
Nie odpowiedziała na wezwanie - bo wszystko zniknęło.
Nie na długo. Znów ujrzała las, las ze wspomnień z dawnych lat. Sierść na karku się zjeżyła, gdy w nozdrza ponownie uderzyła ją metaliczna woń krwi.
Pamiętała.
W ciemnościach błysnęły złote oczy.
Była Mavelle, ale i jednocześnie nią nie była. Duży, większy niż normalnie wilk biegł, podążając za zapachem. Szybciej, coraz szybciej, byleby tylko zdążyć. Krzyk dobiegł uszu, ale znów - nie odpowiedziała.
Bo była wilczycą, która polowała.
Polowała na nieznajomego mężczyznę, polowała na tego, który z nieznanych powodów (jeszcze - może Brennie będzie wiedziała coś więcej? O ile to nie był tylko sen. Jej sen, projekcja przeróżnych obaw, zebranych w zmieniającą się ciągle wizję, zawierającą jednak wspólny, powtarzający się element). Polowała, więc milczała, choć warkot wzbierał gdzieś w głębi gardzieli.
Nie ostrzegało się ofiary o swojej bliskości.
Biegła. Ciemny cień pośród drzew, przecinający księżycowe ścieżki. Pełnia, czas wilkołaków...
... czas łowów. Tyle że nie wzywała watahy, nie gromadziła stada, by mogło napełnić swoje żołądki. Bo to nie była kwestia przetrwania, tylko kwestia ochrony. I zemsty za wyrządzone krzywdy. Nie znajdowała się w Zakazanym Lesie, nie naprawdę, a jednak wszystko to czuła. Igliwie pod łapami. Woń leśnego runa i mieszkających tu zwierząt. Pęd smagający futro.
Krew, wybijająca się ponad wszystko, woń wyraźna niczym nić Ariadny, prowadząca Tezeusza do wyjścia z labiryntu.
Szybko. Szybciej. Jeszcze. Byleby zdążyć.
Błonia Hogwartu niemalże niespodziewanie się przed nią otworzyły; gwiazdy nad głową wespół z księżycem normalnie obudziłyby jakąś nienazwaną tęsknotę, ale teraz? Teraz dawały tyle światła, by mogła dostrzec dwie sylwetki. Jedną, padającą na ziemię, drugą, górującą, mającą przewagę.
Ponownie zdusiła narastający warkot. Ta śmierć powinna nadejść w ciszy, niespodziewanie. Jeszcze kilka susów. Wybicie się. Znów - popchnąć, powalić swym ciężarem, zacisnąć zęby.
Była gotowa poczuć w paszczy smak ciepłej, buchającej z tętnic krwi...