09.11.2022, 10:58 ✶
Dom tonął w ciszy, bo wszyscy domownicy tego ranka odsypiali wczorajszą zabawę oraz wszystkie drobiazgi, którymi trzeba było zająć się po jej zakończeniu. Bal był tylko wspomnieniem, ale pozostawił po sobie mnóstwo nieusuniętych śladów - jadalnię i salon, wciąż nieprzywrócone do porządku, porozrzucane tu i ówdzie rzeczy, puste butelki na stołach i całe sterty naczyń w kuchni. Trudno powiedzieć, czy Brennę przebudził hałas kogoś, kto dobijał się do drzwi, czy niespokojny sen, wypełniony widmami przeszłości, ale poderwała się na pierwsze dźwięki i zbiegła na dół. Nie chciała, by obudzili się inni członkowie rodziny, na pewno zmęczeni po wczorajszym wieczorze, ale i takie walenie mogło wskazywać na to, że sprawa jest pilna. W dłoni ściskała różdżkę, odruch, wykształcony w ostatnich latach: mogłaby zapomnieć wszystkiego, pójść do pracy w piżamie, podać złe imię i nazwisko, ale na pewno nie ruszyłaby się nigdzie bez tego patyka, od którego tak często zależało jej życie.
O ile poprzedniego wieczora Brenna prezentowała się pewnie lepiej niż przez większość dni swojego życia, o tyle tego ranka przedstawiała sobą obraz nędzy i rozpaczy. Wczoraj była na nogach od czwartej nad ranem, szykując bal, a potem występując na nim w roli gospodyni. I długo po wyjściu gości zajmowała się jeszcze setkami drobiazgów. W efekcie miała za sobą zaledwie dwie godziny snu. Może nie dręczył jej kac, bo pilnowała, aby nie wypić nazbyt wiele - raz świadoma swojej roli, dwa, pełna obaw, że coś pójdzie nie tak - ale jednak musiała wznieść ten toast powitalny, a potem z jedną czy dwiema osobami wypić drinka... Zmęczenie, przepracowanie ostatniego tygodnia, brak snu i ta odrobina alkoholu nałożyły na twarz nadmierną bladość, zarysowały sińce pod oczyma i pozostawiły po sobie nieprzyjemne szumienie w głowie, połączone z nieprzyjemnym pulsowaniem gdzieś w skroniach. Ciemne włosy kobiety, po tym, jak już wyzwoliły się z idealnej fryzury stworzonej na poprzedni wieczór, sterczały na wszystkie strony: pewnie nie wyglądałyby dużo gorzej nawet gdyby trafił w nie piorun. Obrazu dopełniał strój - spodnie od piżamy i czerwona, luźna, bluza, spłowiała i za duża chyba ze dwa rozmiary, w której Brenna czasem sypiała.
Ktoś inny mógłby się przejąć, że prezentuje się tak fatalnie, witając gościa. Brenna jednak po pierwsze rzadko przywiązywała wagę do takich szczegółów, po drugie - była nazbyt nieprzytomna, aby przejąć się w tej chwili czymkolwiek o mniejszym kalibrze niż: upsik, banda śmierciożerców na naszym progu,
Jeden nie - no - nie - uwierzę - że - to - śmierciożerca - ale - w - to - że - jego - rodzice - nimi - są - już - tak nie robił więc na niej pod tym względem wrażenia.
- Charles? - zdziwiła się, zasłaniając usta dłonią i próbując powstrzymać ziewnięcie. Kto inny być może próbowałaby go teraz udusić za pobudkę po tak ciężkim dniu, a właściwie nocy, ale Brenna była raczej zdziwiona niż rozzłoszczona. Próbowała zrobić szybki przegląd wszystkich gości, których poprzedniego dnia witała, ściskała ich ręce albo z którymi rozmawiała później, ale rozespany umysł nie współpracował w stu procentach. - Zapomniałeś czegoś po wczorajszym przyjęciu? Nie, zaraz, chyba cię nie było? Nie zapraszałam Rockwoodów? A może zapraszałam?
A wtedy padły paniczne słowa, czy może magiczne, bo na Brennę zwykle działające jak zaklęcie - pomóż mi.
Pomóż mi, proszę.
Ta prośba i uświadomienie sobie, jak Charles wygląda, sprawiły, że otrzeźwiała w jednym momencie, jakby rzucono na nią czar pobudzający. Nie trząsłby się, nie mówił takim tonem, nie miałby tych śladów na twarzy, nie prosiłby o pomoc wreszcie, gdyby sytuacja nie była poważna. Sięgnęła ku niemu, wciągając za próg, za granicę ochronnych czarów, po czym zatrzasnęła drzwi.
W tym krótkim momencie, nim spotkały się z futryną, spoglądała ku sadowi skąpanemu w bladym blasku świtu, niemal pewna, że zobaczy między drzewami złowieszcze postacie w maskach.
- Ktoś cię ściga? - spytała krótko, jedną dłonią przekręcając zamek, drugą już wykonując gest różdzką, rzucając jakieś zaklęcie. Adrenalina postawiła ją na nogi równie skutecznie, jakby właśnie wypiła wiadro kofeiny. Nawet przez sekundę nie pomyślała o tym, by powiedzieć „nie”. A jeśli nie powiedziała „tak”, to tylko dlatego, że to było oczywiste – i już wpuszczenie go do środka, zatrzaskiwanie drzwi między nim, a tym, co mogło go gonić, stanowiło odpowiedź.
W tej chwili musiała przede wszystkim wiedzieć, czy ktoś pojawi się tu za nim – bo jeżeli tak, należało natychmiast podnosić alarm, budzić domowników, stawiać ich w stan gotowości i posyłać wiadomość do Zakonu. W innym wypadku mogli spokojnie porozmawiać.
O ile poprzedniego wieczora Brenna prezentowała się pewnie lepiej niż przez większość dni swojego życia, o tyle tego ranka przedstawiała sobą obraz nędzy i rozpaczy. Wczoraj była na nogach od czwartej nad ranem, szykując bal, a potem występując na nim w roli gospodyni. I długo po wyjściu gości zajmowała się jeszcze setkami drobiazgów. W efekcie miała za sobą zaledwie dwie godziny snu. Może nie dręczył jej kac, bo pilnowała, aby nie wypić nazbyt wiele - raz świadoma swojej roli, dwa, pełna obaw, że coś pójdzie nie tak - ale jednak musiała wznieść ten toast powitalny, a potem z jedną czy dwiema osobami wypić drinka... Zmęczenie, przepracowanie ostatniego tygodnia, brak snu i ta odrobina alkoholu nałożyły na twarz nadmierną bladość, zarysowały sińce pod oczyma i pozostawiły po sobie nieprzyjemne szumienie w głowie, połączone z nieprzyjemnym pulsowaniem gdzieś w skroniach. Ciemne włosy kobiety, po tym, jak już wyzwoliły się z idealnej fryzury stworzonej na poprzedni wieczór, sterczały na wszystkie strony: pewnie nie wyglądałyby dużo gorzej nawet gdyby trafił w nie piorun. Obrazu dopełniał strój - spodnie od piżamy i czerwona, luźna, bluza, spłowiała i za duża chyba ze dwa rozmiary, w której Brenna czasem sypiała.
Ktoś inny mógłby się przejąć, że prezentuje się tak fatalnie, witając gościa. Brenna jednak po pierwsze rzadko przywiązywała wagę do takich szczegółów, po drugie - była nazbyt nieprzytomna, aby przejąć się w tej chwili czymkolwiek o mniejszym kalibrze niż: upsik, banda śmierciożerców na naszym progu,
Jeden nie - no - nie - uwierzę - że - to - śmierciożerca - ale - w - to - że - jego - rodzice - nimi - są - już - tak nie robił więc na niej pod tym względem wrażenia.
- Charles? - zdziwiła się, zasłaniając usta dłonią i próbując powstrzymać ziewnięcie. Kto inny być może próbowałaby go teraz udusić za pobudkę po tak ciężkim dniu, a właściwie nocy, ale Brenna była raczej zdziwiona niż rozzłoszczona. Próbowała zrobić szybki przegląd wszystkich gości, których poprzedniego dnia witała, ściskała ich ręce albo z którymi rozmawiała później, ale rozespany umysł nie współpracował w stu procentach. - Zapomniałeś czegoś po wczorajszym przyjęciu? Nie, zaraz, chyba cię nie było? Nie zapraszałam Rockwoodów? A może zapraszałam?
A wtedy padły paniczne słowa, czy może magiczne, bo na Brennę zwykle działające jak zaklęcie - pomóż mi.
Pomóż mi, proszę.
Ta prośba i uświadomienie sobie, jak Charles wygląda, sprawiły, że otrzeźwiała w jednym momencie, jakby rzucono na nią czar pobudzający. Nie trząsłby się, nie mówił takim tonem, nie miałby tych śladów na twarzy, nie prosiłby o pomoc wreszcie, gdyby sytuacja nie była poważna. Sięgnęła ku niemu, wciągając za próg, za granicę ochronnych czarów, po czym zatrzasnęła drzwi.
W tym krótkim momencie, nim spotkały się z futryną, spoglądała ku sadowi skąpanemu w bladym blasku świtu, niemal pewna, że zobaczy między drzewami złowieszcze postacie w maskach.
- Ktoś cię ściga? - spytała krótko, jedną dłonią przekręcając zamek, drugą już wykonując gest różdzką, rzucając jakieś zaklęcie. Adrenalina postawiła ją na nogi równie skutecznie, jakby właśnie wypiła wiadro kofeiny. Nawet przez sekundę nie pomyślała o tym, by powiedzieć „nie”. A jeśli nie powiedziała „tak”, to tylko dlatego, że to było oczywiste – i już wpuszczenie go do środka, zatrzaskiwanie drzwi między nim, a tym, co mogło go gonić, stanowiło odpowiedź.
W tej chwili musiała przede wszystkim wiedzieć, czy ktoś pojawi się tu za nim – bo jeżeli tak, należało natychmiast podnosić alarm, budzić domowników, stawiać ich w stan gotowości i posyłać wiadomość do Zakonu. W innym wypadku mogli spokojnie porozmawiać.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.