21.09.2023, 22:25 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.09.2023, 22:28 przez Brenna Longbottom.)
Brenna zdążyła policzyć wszystkie rysy na suficie, poznać całą historię życia pielęgniarki, która dała się jej zgadać (chociaż Bren mówiła mniej niż zwykle, bo w końcu próbowano ją udusić), godzinę przespać, przypomnieć sobie, że wypada wysłać jeszcze jeden list, a ten drań, jej brat, dalej nie odesłał sowy z książką. Gdy Bulstrode zapukał, akurat skrobała kolejny, długi liścik, tym razem do Victorii, próbując zmieścić bardzo wiele słów na bardzo małym kawałku pergaminu, który wyżebrała u pielęgniarki. Trochę, by zabić nudę, trochę, bo i tak zamierzała do niej napisać.
Bolała ją ręka, bo cholerna rana na cholernej łopatce wciąż się wygajała pod wpływem eliksiru, ale to nie mogło jej powstrzymać. Nie wyglądała na martwą ani umierającą, bo większość obrażeń skrywało ubranie. Kołnierz koszuli częściowo zasłaniał blednące już siniaki na szyi, szybko znikające po eliksirze, a rozcięcie na policzku zalepiono plastrem.
Zamarła na moment, słysząc głos Atreusa i uniosła głowę, zaskoczona. Bo nie, nie spodziewała się. Raz, o tym, że tu jest, wiedzieli Erik, Mavelle i Patrick, a Brenna wiedziała, że i Steward i Mav zbyliby każdego pytającego, może nawet jej przyjaciół. I chyba nie sądziła, że brat podzieli się informacjami tak beztrosko, więc w pierwszej chwili założyła, że może wspomniał mu ktoś z Munga. Dwa, nie dostała jego sowy, bo nie było jej w domu. A własną wysłała, wprawdzie dopiero kilkanaście minut temu, ale na swoje usprawiedliwienie miała, że najpierw ją łatano, potem dopadła ją Mavelle, potem pisała do Erika, potem zasnęła i dopiero później przypomniała sobie, że właściwie to sama w takiej sytuacji pewnie by chciała wiedzieć. Lakoniczne „nie jestem martwa” przecież było komunikatem… Chyba że nie było go akurat w domu. Ale wciąż, nie było powodu, żeby się go tu spodziewać.
– Urządziłam? River mnie głęboko nienawidzi i dlatego mnie tu wrzucił, żebym umarła z nudów, pod jakimś głupim pretekstem, że Brygadziści mają swoje pokoje czy coś – wymamrotała niezbyt głośno, absolutnie zbita z pantałyku, zaciskając palce na pergaminie, ale oczywiście - jak to ona - zaczynając gadać. A potem zmarszczyła brwi, kiedy otworzyła pakunek i dostrzegła co Atreus przyniósł.
To była jej książka.
Jej książka!
Skąd on…
– Erik – powtórzyła, niepewna, czy to nie ten moment, w którym powinien trafić ją szlag, i jeśli nawet ucieszyła się mimowolnie na widok aurora, to skoro przysłał go Erik… Z wrażenia aż odezwała się trochę głośniej, czego starała się obecnie unikać. – Dlaczego Erik przesyła przez ciebie moje książki? Dlaczego walczy z moimi rodzicami? I na litość Merlina, jak to, wciąga w to naszego dziadka? – spytała, absolutnie nic nie rozumiejąc, bo z tego, co wiedziała, Atreus NIE przyjaźnił się z Erikiem. Poza tym pisała bratu, by nie mówił matce! I absolutnie nie pojmowała, co niby to obchodziło Godryka…
Bolała ją ręka, bo cholerna rana na cholernej łopatce wciąż się wygajała pod wpływem eliksiru, ale to nie mogło jej powstrzymać. Nie wyglądała na martwą ani umierającą, bo większość obrażeń skrywało ubranie. Kołnierz koszuli częściowo zasłaniał blednące już siniaki na szyi, szybko znikające po eliksirze, a rozcięcie na policzku zalepiono plastrem.
Zamarła na moment, słysząc głos Atreusa i uniosła głowę, zaskoczona. Bo nie, nie spodziewała się. Raz, o tym, że tu jest, wiedzieli Erik, Mavelle i Patrick, a Brenna wiedziała, że i Steward i Mav zbyliby każdego pytającego, może nawet jej przyjaciół. I chyba nie sądziła, że brat podzieli się informacjami tak beztrosko, więc w pierwszej chwili założyła, że może wspomniał mu ktoś z Munga. Dwa, nie dostała jego sowy, bo nie było jej w domu. A własną wysłała, wprawdzie dopiero kilkanaście minut temu, ale na swoje usprawiedliwienie miała, że najpierw ją łatano, potem dopadła ją Mavelle, potem pisała do Erika, potem zasnęła i dopiero później przypomniała sobie, że właściwie to sama w takiej sytuacji pewnie by chciała wiedzieć. Lakoniczne „nie jestem martwa” przecież było komunikatem… Chyba że nie było go akurat w domu. Ale wciąż, nie było powodu, żeby się go tu spodziewać.
– Urządziłam? River mnie głęboko nienawidzi i dlatego mnie tu wrzucił, żebym umarła z nudów, pod jakimś głupim pretekstem, że Brygadziści mają swoje pokoje czy coś – wymamrotała niezbyt głośno, absolutnie zbita z pantałyku, zaciskając palce na pergaminie, ale oczywiście - jak to ona - zaczynając gadać. A potem zmarszczyła brwi, kiedy otworzyła pakunek i dostrzegła co Atreus przyniósł.
To była jej książka.
Jej książka!
Skąd on…
– Erik – powtórzyła, niepewna, czy to nie ten moment, w którym powinien trafić ją szlag, i jeśli nawet ucieszyła się mimowolnie na widok aurora, to skoro przysłał go Erik… Z wrażenia aż odezwała się trochę głośniej, czego starała się obecnie unikać. – Dlaczego Erik przesyła przez ciebie moje książki? Dlaczego walczy z moimi rodzicami? I na litość Merlina, jak to, wciąga w to naszego dziadka? – spytała, absolutnie nic nie rozumiejąc, bo z tego, co wiedziała, Atreus NIE przyjaźnił się z Erikiem. Poza tym pisała bratu, by nie mówił matce! I absolutnie nie pojmowała, co niby to obchodziło Godryka…
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.