21.09.2023, 22:36 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.02.2025, 11:36 przez Lorraine Malfoy.)
Chociaż Malfoy lubowała się myślą, że w smrodliwych ściekach Nokturnu błyszczała niczym zagubiona perełka z naszyjnika zerwanego z szyi jakiejś bogatej czarownicy - takiej, która została zdybana przez zdesperowanego zbira w jednym z niezliczonych ciemnych zaułków tej najmroczniejszej z magicznych dzielnic Londynu - w gruncie rzeczy... Prowadziła na co dzień dosyć skryte i ciche życie. Na tyle, na ile potomkini wili i atencyjna arystokratyczna panna może nie zwracać na siebie uwagi. Zawsze miała skłonności do popadania w paranoję i była niemal chorobliwie zapobiegliwa, jeżeli chodziło o sprawy natury zawodowej - często zmieniać miejsce zamieszkania, korzystając w tym celu z uprzejmości ludzi, którzy byli jej winni przysługę albo pieniądze. A miała wielu dłużników - w końcu siedziała w tym biznesie od lat.
Godni zaufania klienci zawsze jednak wiedzieli, gdzie ją znaleźć. Jak? Zaiste, jak głosi stare porzekadło: kto ma wiedzieć, ten wie [kmwtw] - tak miał odpowiedzieć Merlin na pytanie królowej Ginewry "jak rozsiewa się smocza rzeżączka", kiedy ta wróciła z przejażdzki konnej z sir Lancelotem - i widać podobnie ma się rzecz z poszukiwaniami Lorraine Malfoy. Choć z rzeżączki łatwiej się wyleczyć.
Och tak, baron narkotykowy... Ten był stosunkowo nowym nabytkiem na dworze "Księżniczki" Nokturnu. Szybko nawiązał z nią kontakt, kiedy wprowadzał do obiegu na Nokturnie magiczną używkę przezwaną polskim kompotem - potrzebował jednak pomocy w dystrybucji i imporcie, aby przebić się na tutejszy rynek - był Rosjaninem, i mówił trochę łamanym angielskim... Ale Lorraine uważała się przecież za światową, więc szybko nawiązała z nim wspólny język. Zwłaszcza, że prawił jej komplementy po rosyjsku, a to działa na wyobraźnię...
...Żart. Tak naprawdę jedynym językiem, jaki działał Lorraine, był język pieniądza, a kiedy Sergiej nieszczęśliwie zaraził się smoczą ospą czy tam innym świństwem - zawsze przestrzegała go, by nie używał niesterylnego sprzętu, kiedy dawał sobie w żyłę, ale nie posłuchał!! - w ramach przyjacielskiej przysługi zaczęła pilnować jego interesu i mieszkania... I całkiem jej się to spodobało. Była nawet w trakcie skrobania listu do zaprzyjaźnionego fascynata eliksirowarstwa, Laurence'a Lestrange'a, ponieważ wizyty w nielegalnych laboratoriach Rosjanina okazały się niezłym źródłem inspiracji do jej własnych, bardzo zaniedbanych ostatnimi czasy studiów z dziedziny eliksirów.
Mogłaby zostać taką narkotykową baronową, gdyby nie miała większych ambicji.
Hałasy na klatkach, które były ulubionym miejscem burd / spotkań towarzyskich / nielegalnych walk aligatorów (to tylko w środy), były czymś na porządku dziennym, więc nawet nie zwróciła na nie uwagi na rozbijające się gdzieś w oddali echo nieznanych jej kroków. Zbyt była pochłonięta zawartością kociołka, w którym bulgotał jej najnowszy eksperyment. Rozmyślania Malfoy, która zastanawiała się, czy dodać do wywaru sproszkowany ogon psidwaka, zostały przerwane pukaniem. I dzięki bogom, bo kosmyki niesfornych blond włosów wili kołysały się od kilku chwil niebezpiecznie blisko powierzchni eliksiru!! Lorraine podniosła swoje lodowate oczęta zza biurka, i wtedy do środka wparowali... Oni. Cali na czarno. Niczym para przystojnych dementorów, od razu zdominowali całe pomieszczenie swoją prezencją, choć mieszkanie Sergieja było jednym z przyjemniejszych i bardziej przestronnych miejsc, w których Lorraine zdarzało się do tej pory pomieszkiwać.
Lodowate spojrzenie Lorraine sunęło po twarzach mężczyzn, z leniwą figlarnością ślizgając się od ust, przez sklepienie kości policzkowych, aż do oczu - nie bez powodu nazywanych zwierciadłem duszy - i dopiero wtedy pozwoliła sobie obdarzyć gości słodkim uśmiechem, i podniosła się zza zawalonego książkami i szkłem laboratoryjnym biurka, by ich powitać.
- Saurielu, jesteś niepoprawny... - westchnęła dramatycznie, choć filuterny ton Lorraine wskazywał, że jej próżność została miło połechtana przez dobór użytych przez Rookwooda słów. Równie słodko uśmiechnęła się także do towarzysza mężczyzny... Którego twarz wydawała się dziwnie znajoma, ale nie potrafiła powiązać jej z żadnym nazwiskiem. Może Sauriel dalej wspomniał ten mocny zjazd po pewnym eliksirze, który mu sprzedała w Hogwarcie, i teraz wziął że sobą testera? Albo lepiej, ochroniarza. Nieważne. - Zapraszam panowie, rozgośćcie się.
Wstała zza stołu, obdarzając obu mężczyzn uprzejmym skinieniem głowy. W końcu nazwał ją księżniczką tego zapomnianego przez bogów ścieku, więc była zobowiązana dbać o zasady etykiety!! - Barek też jest do waszej dyspozycji. Tylko nie częstujcie się tym z dużej zielonej butelki. Zatrute na specjalne okazje.
Niedbałym machnięciem różdżki sprawiła, że liczne kanapy i fotele w pomieszczeniu (pewnie kradzione, jak wszystko tutaj) ustawiły się tak, aby goście mogli wygodnie usiąść, a artystyczny nieład stał się nieco bardziej... uporządkowany.
- Przyszedłeś, bo czegoś chcesz - skwitowała, porzucając swój słodki uśmieszek, jak kapryśne dziecko znudzone nową zabawką. Ot, bo taka była jej przewrotna i zmienna natura. - Chyba, że to jakaś twoja chora zabawa w kotka i myszkę. Kotki są tak słodkie, że nawet kiedy drapią można im wybaczyć - zakołysała leniwie swoją szklanką - ale przysięgam, wyrwę ci pazurki, jeżeli nasz przyjaciel w butach tajniaka z jednostki specjalnej okaże się być wtyczką z ministerstwa. - Czy była to groźba bez pokrycia? Owszem. Czy sam Sauriel był świadom, że Lorraine nie kiwnęłaby nawet małym paluszkiem, by wcielić w życie swoje pogróżki? Oczywiście, byłoby obrazą dla jego inteligencji twierdzić inaczej!! Ale Malfoy potrafiła być czasem sentymentalną dziewuszką, i pamiętała doskonale, jak często docinali sobie nawzajem w Hogwarcie, nie potrafiąc przepuścić żadnej okazji do wzajemnych złośliwości. Uśmiechnęła się do teraz do towarzysza Rookwooda - jak mu tam... - testując, czy jego temperament był równie ogniście wybuchowy, co Sauriela. Ach, jak ona lubiła swoją pracę.
Godni zaufania klienci zawsze jednak wiedzieli, gdzie ją znaleźć. Jak? Zaiste, jak głosi stare porzekadło: kto ma wiedzieć, ten wie [kmwtw] - tak miał odpowiedzieć Merlin na pytanie królowej Ginewry "jak rozsiewa się smocza rzeżączka", kiedy ta wróciła z przejażdzki konnej z sir Lancelotem - i widać podobnie ma się rzecz z poszukiwaniami Lorraine Malfoy. Choć z rzeżączki łatwiej się wyleczyć.
Och tak, baron narkotykowy... Ten był stosunkowo nowym nabytkiem na dworze "Księżniczki" Nokturnu. Szybko nawiązał z nią kontakt, kiedy wprowadzał do obiegu na Nokturnie magiczną używkę przezwaną polskim kompotem - potrzebował jednak pomocy w dystrybucji i imporcie, aby przebić się na tutejszy rynek - był Rosjaninem, i mówił trochę łamanym angielskim... Ale Lorraine uważała się przecież za światową, więc szybko nawiązała z nim wspólny język. Zwłaszcza, że prawił jej komplementy po rosyjsku, a to działa na wyobraźnię...
...Żart. Tak naprawdę jedynym językiem, jaki działał Lorraine, był język pieniądza, a kiedy Sergiej nieszczęśliwie zaraził się smoczą ospą czy tam innym świństwem - zawsze przestrzegała go, by nie używał niesterylnego sprzętu, kiedy dawał sobie w żyłę, ale nie posłuchał!! - w ramach przyjacielskiej przysługi zaczęła pilnować jego interesu i mieszkania... I całkiem jej się to spodobało. Była nawet w trakcie skrobania listu do zaprzyjaźnionego fascynata eliksirowarstwa, Laurence'a Lestrange'a, ponieważ wizyty w nielegalnych laboratoriach Rosjanina okazały się niezłym źródłem inspiracji do jej własnych, bardzo zaniedbanych ostatnimi czasy studiów z dziedziny eliksirów.
Mogłaby zostać taką narkotykową baronową, gdyby nie miała większych ambicji.
Hałasy na klatkach, które były ulubionym miejscem burd / spotkań towarzyskich / nielegalnych walk aligatorów (to tylko w środy), były czymś na porządku dziennym, więc nawet nie zwróciła na nie uwagi na rozbijające się gdzieś w oddali echo nieznanych jej kroków. Zbyt była pochłonięta zawartością kociołka, w którym bulgotał jej najnowszy eksperyment. Rozmyślania Malfoy, która zastanawiała się, czy dodać do wywaru sproszkowany ogon psidwaka, zostały przerwane pukaniem. I dzięki bogom, bo kosmyki niesfornych blond włosów wili kołysały się od kilku chwil niebezpiecznie blisko powierzchni eliksiru!! Lorraine podniosła swoje lodowate oczęta zza biurka, i wtedy do środka wparowali... Oni. Cali na czarno. Niczym para przystojnych dementorów, od razu zdominowali całe pomieszczenie swoją prezencją, choć mieszkanie Sergieja było jednym z przyjemniejszych i bardziej przestronnych miejsc, w których Lorraine zdarzało się do tej pory pomieszkiwać.
Lodowate spojrzenie Lorraine sunęło po twarzach mężczyzn, z leniwą figlarnością ślizgając się od ust, przez sklepienie kości policzkowych, aż do oczu - nie bez powodu nazywanych zwierciadłem duszy - i dopiero wtedy pozwoliła sobie obdarzyć gości słodkim uśmiechem, i podniosła się zza zawalonego książkami i szkłem laboratoryjnym biurka, by ich powitać.
- Saurielu, jesteś niepoprawny... - westchnęła dramatycznie, choć filuterny ton Lorraine wskazywał, że jej próżność została miło połechtana przez dobór użytych przez Rookwooda słów. Równie słodko uśmiechnęła się także do towarzysza mężczyzny... Którego twarz wydawała się dziwnie znajoma, ale nie potrafiła powiązać jej z żadnym nazwiskiem. Może Sauriel dalej wspomniał ten mocny zjazd po pewnym eliksirze, który mu sprzedała w Hogwarcie, i teraz wziął że sobą testera? Albo lepiej, ochroniarza. Nieważne. - Zapraszam panowie, rozgośćcie się.
Wstała zza stołu, obdarzając obu mężczyzn uprzejmym skinieniem głowy. W końcu nazwał ją księżniczką tego zapomnianego przez bogów ścieku, więc była zobowiązana dbać o zasady etykiety!! - Barek też jest do waszej dyspozycji. Tylko nie częstujcie się tym z dużej zielonej butelki. Zatrute na specjalne okazje.
Niedbałym machnięciem różdżki sprawiła, że liczne kanapy i fotele w pomieszczeniu (pewnie kradzione, jak wszystko tutaj) ustawiły się tak, aby goście mogli wygodnie usiąść, a artystyczny nieład stał się nieco bardziej... uporządkowany.
- Przyszedłeś, bo czegoś chcesz - skwitowała, porzucając swój słodki uśmieszek, jak kapryśne dziecko znudzone nową zabawką. Ot, bo taka była jej przewrotna i zmienna natura. - Chyba, że to jakaś twoja chora zabawa w kotka i myszkę. Kotki są tak słodkie, że nawet kiedy drapią można im wybaczyć - zakołysała leniwie swoją szklanką - ale przysięgam, wyrwę ci pazurki, jeżeli nasz przyjaciel w butach tajniaka z jednostki specjalnej okaże się być wtyczką z ministerstwa. - Czy była to groźba bez pokrycia? Owszem. Czy sam Sauriel był świadom, że Lorraine nie kiwnęłaby nawet małym paluszkiem, by wcielić w życie swoje pogróżki? Oczywiście, byłoby obrazą dla jego inteligencji twierdzić inaczej!! Ale Malfoy potrafiła być czasem sentymentalną dziewuszką, i pamiętała doskonale, jak często docinali sobie nawzajem w Hogwarcie, nie potrafiąc przepuścić żadnej okazji do wzajemnych złośliwości. Uśmiechnęła się do teraz do towarzysza Rookwooda - jak mu tam... - testując, czy jego temperament był równie ogniście wybuchowy, co Sauriela. Ach, jak ona lubiła swoją pracę.