Wspomnienia z przeszłości mieszały się ze świadomością Erika, wprawiając go w coraz większe skonfundowanie. Gdy z trzewi statku zaczęły wydobywać się coraz to bardziej niepokojące dźwięki, w pierwszej chwili się wzdrygnął, jednak niedługo później uspokoił. Coś mu podpowiadało, że te odgłosy były dobre. Cisza mogła sugerować, że jakaś maszyneria przestała działać, a hałas przynajmniej dawał czysty sygnał, że trybiki pracują. Czy to jednak oznaczało, że nie było czym się martwić?
Nie byłbym tego taki pewny, pomyślał Longbottom, starając się nie zostać w tyle i dotrzymać kroku Geraldine i Victorii. Na dobrą sprawę nie wiedzieli, co też może aktywować proces zatonięcia statku, czy jak ma zostać wdrożony. Może im bliżej mitycznej „godziny zero”, tym szybciej okręt zaczynał się rozpadać, aż koniec końców lądował na dnie morze? Skrzywił się na samą myśl o tym. Mieli wprawdzie swój środek transportu, więc teleportacja w bezpieczne miejsce nie powinna być trudna, jednak był jeszcze problem tego, gdzie była reszta ekipy.
— Tak samo jak czujesz mnie? — rzucił w roztargnieniu, ściskając mocno w palcach różdżkę.
— W szkole wiedziałaś, co mi się stało i czym jestem. Czy teraz jest tak samo?[/a]Nie wiedział o zdolnościach Geraldine zbyt wiele. Miał świadomość tego, że potrafiła w jakiś sposób odczytać „aurę” danej osoby, jednak nigdy właściwie nie rozmawiali o tym, jak głęboko sięga jej magia. Kiedy studiowali w Hogwarcie, w mig domyśliła się, że został ugryziony przez wilkołaka. Wtedy jednak widziała go na żywo. Czy teraz nie mogła zdradzić typu stwora, bo nie miała go przed oczami? Wtedy może być na to trochę za późno, pomyślał Erik, jednak zachował komentarz dla siebie.
— Tu jest jakoś znajomo — skomentował pod nosem, gdy wspinali się po schodach. Zerknął kątem oka na Victorię, która po odzyskaniu przytomności odwołała się do ich dziwnego snu, który najwyraźniej dzielili. — Ten sen też był dziwny. Jakbym był sobą, ale nie sobą. Jakbym odgrywał jakąś rolę, ale był w pełni przekonany, że to czyjeś faktyczne życie.
Nie potrafił wytłumaczyć, co właściwie im się przytrafiło. W trakcie ich wędrówki przez statek powoli przechodził do porządku dziennego, z tym co zobaczyli. W głowie mu się rozjaśniło; pamiętał tego nastolatka i jego matkę, pralnię, Weissa i... ciemność. Ścisnął mocniej różdżkę. Dolohov i cała reszta wróżbitów miałaby co tu robić, pomyślał. Skoro historia statku zdołała wepchać się do ich umysłu, to co jeszcze mogli tu napotkać?
Do sali restauracyjnej wkroczył jako ostatni, poniekąd zamykając ich mały pochód. Bufet zdecydowanie pozostawiał wiele do życzenia. Nie wyglądał tylko na opuszczony, ale wręcz... Zrujnowany. Najwyraźniej takie były konsekwencje, gdy statek spędzał tyle czasu pod wodą i wychylał nos na powierzchnię tylko raz na jakiś czas.
— Ger, co ty ro... — Zanim zdołał zaprotestować, łowczyni potworów ruszyła przed siebie. Dopiero wtedy Erik dostrzegł kontur nieznanej mu postaci, pochylonej nad jednym ze stołów. Dreszcz przeszedł mu po plecach, ale dzielnie ruszył za przyjaciółką. — To się źle skończy...
A podobno to on był tym bardziej pozytywnym z rodzeństwa. Ale kto w takich sytuacjach zachowałby spokój?