Odwzajemnił uśmiech Philipa. Wydawał się pewny tego, że dobrze mu pójdzie. A to już było coś. Pozytywne nastawienie ponoć stanowiło klucz do sukcesu, a w tym przypadku miał też wsparcie ludzi z widowni. Może przy odrobinie szczęścia, to właśnie okrzyki triumfu kibiców Notta rozbrzmią niedługo w tej hali?
— Jeśli ma taki plan, to wdroży go w życie tylko w wypadku porażki. — Cofnął się o pół kroku i odchylił głowę, co by zerknąć bezpośrednio na Louvaina i towarzyszącego mu Atreusa. — Napaść na rywala przed tak dużą publiczność raczej nie zostałaby zbyt dobrze odebrana. Chyba że kieruje się zasadą „nie ważne, jak mówią, a ważne, żeby mówili”. — Chociaż czy obecnie ludzie faktycznie zabiegali o to, aby mówiono o nich źle? Z drugiej strony, w sumie był środek lata. Spora część polityków wylądowała na urlopach, więc ludzie potrzebowali jakiegoś dramatu, który pomógłby im przetrwać parne wakacje. — Miejmy nadzieję, że Louvain jest rozsądny.
Czy mogli liczyć na coś więcej? Skrzywił się lekko, po czym wrócił spojrzeniem do Philipa. Chciał wierzyć, że zarówno Nott, jak i Lestrange potraktują ten pojedynek poważnie i obędzie się bez oszustw czy prób wymierzenia sprawiedliwości na własną rękę tuż po ogłoszeniu wyników. Oboje wywodzili się z czystokrwistych rodzin, więc powinni mieć zaszczepione jakieś zasady. Honor to niby też jakaś zasada, pomyślał przelotnie, jednak zaraz odrzucił tę opcję. Na szczęście w roli sekundantów wylądowali przedstawiciele sił bezpieczeństwa. Może to nieco ostudzi temperament obu mężczyzn?
— Postaraj się skupić na tym, w czym jesteś dobry — zasugerował z lekkim ociąganiem Erik. Za mało znał Lestrange'a co by rozwodzić się na temat taktyk, które w starciu z nim mogłyby się okazać korzystne. Mógł co najwyżej odwołać się do własnych doświadczeń z pojedynków i tego, co dane mu było zobaczyć w wykonaniu Philipa. — Z magii, mam na myśli. — Wolał sprecyzować, nie chcąc być źle zrozumiany. — Jesteście zawodowymi graczami, więc oboje macie dobry refleks. Granie ciągłymi unikami nie zda się na wiele.
Dobra kondycja potrafiła pomóc w pojedynku, jednak niekoniecznie w wypadku, gdy przeciwnik przeszedł podobne szkolenie. Erik nieraz doświadczył tego na własnej skórze podczas treningów z Brenną. Byli zupełnie innej budowy ciała i każde z nich wykorzystywało swoje atuty w inny sposób. Jego siostra była drobniejsza, a przez to i zwinniejsza. Łatwiej jej przychodziło unikanie ataków, a z drugiej strony Erik miał tę przewagę, że górował nad siostrą siłą i budową ciała. Seria nietrafionych ciosów i od razu traci się siły, dorzucił w myślach Erik.
— Z tego, co pamiętam, nie jest to najprzyjemniejsze uczucie — sarknął Longbottom, mimowolnie przypominając sobie liczne treningi i mecze quidditcha w Hogwarcie. — Zwłaszcza, gdy przeciwna drużyna, jest zafiksowana na punkcie wyeliminowania cię z rozgrywek.
Podczas okresu nauki w Szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie miał okazję grać na stanowisku obrońcy. I to całkiem niezłego. To jednak wiązało się z tym, że podczas szkolnych gier szybko lądował na celowniku pałkarzy. W końcu, gdy pozbędzie się obrońcy, a na jego miejsce nie ma godnego zastępcy, to droga do wygranej wydaje się niczym usłana różami.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞