Widząc swoich krewniaków, Rabastan ograniczył się przede wszystkim do skromnych powitań, nie chcąc w tym momencie dołączać do żadnej większej grupy Lestrange'ów. Pomachał więc m.in. do Laurance'a i jego małego synka, a także odwzajemnił gest Victorii, która wypatrzyła go w tłumie. Na szczęście nie usłyszał komentarza Vakela odnośnie do stanu swoich włosów, bo zapewne zafundowałoby mu to nieprzespaną, ale za to przepłakaną noc z twarzą w poduszce.
— Ktoś musi lśnić na scenie, żeby inni mogli się schować w cieniu — rzucił bez większego namysłu, wzruszając ramionami. — Dobrze, że ja nie aspiruję tak wysoko, jak ty. Zdecydowanie wolę chować się za twoimi plecami.
Było to wyjątkowo komiczne stwierdzenie, biorąc pod uwagę, że w swojej oryginalnej postaci Rabastan przewyższał Bellatriks wzrostem. Chociaż... Kto by mu zabronił zmniejszyć się do rozmiaru metr pięćdziesiąt w kapeluszu? Sarknął na samą myśl o tym, a końcówki jego włosów na krótko przybrały ciemniejszy odcień.
— Wszystko wskazuje na to, że nawet taki leń jak ja ma pewne zobowiązania wobec mojej ukochanej rodziny. Chociaż ubolewam nad tym, że mój drogi brat nie mógł dziś dołączyć do naszego zacnego grona — odparł śmiało, próbując się nie zaśmiać na dźwięk własnych słów. Brzmiał dokładnie tak, jak życzyliby sobie tego jego rodzice. Dystyngowanie. Godnie. Jak „ten drugi” dziedzic. — Nie ma pojęcia, co go omija. — Omiótł ponownie spojrzeniem Bellatriks, aby znów skierować swój wzrok ku arenie. — Ale tak, to będzie dobre widowisko. Aż dziwne, że nie zdecydowali się na wyścig na miotłach. Skoro oboje tak lubią Quidditcha, to byłoby to bardziej... w ich stylu.
Teoretycznie Rabastan mógłby wylądować na trybunach, kibicując zarówno swemu kuzynowi, jak i Philipowi. Z tym drugim wprawdzie nie łączyły go więzy krwi, jednak Nott był powiązany z rozgłośnią radiową swojej rodziny. I chociaż Lestrange szczerze wątpił, aby to on zarządzał jej działalnością, tak zdarzało mu się tam wpaść na pogawędki ze swoimi krewniakami czy pracownikami radia. To wywoływało u blondyna lekki dysonans poznawczy. Zawsze wiązał celebrytów ze światem, do którego nie tyle nie miał dostępu, ile po prostu unikał. A tu, ni stąd ni zowąd, światy te zaczynały się mieszać.
— Nie wiem, co mnie podkusiło, żeby przyjść tutaj „osobiście osobiście” — mruknął, gdy obejrzał się przez ramię i zobaczył kolejną grupę ludzi, która zaczęła szukać wolnej loży. Na jego ustach zagościł kwaśny grymas. — Nawet Edgara zostawiłem na zewnątrz... Mam nadzieję, że w domu mi to wynagrodzą. — Teraz to już narzekał dla samego narzekania. — A co z twoimi siostrami?
Zerknął badawczo na belle. Miał wrażenie, że minęły wieki, odkąd spotkali się w pełnym gronie, zupełnie jakby ich rodzeństwo nagle zeszło na dalszy plan, a ich rodzice wypchnęli do przodu, co by godnie reprezentowali ród. Rabastan miał ochotę parsknąć śmiechem. Nie, to musiał być po prostu jakiś zbieg okoliczności. Jego rodzice byli, jacy byli, ale doskonale wiedzieli, że zrobienie z Rabiego reprezentanta ich gałęzi rodziny, to był naprawdę nietrafiony pomysł. To dlatego do tej pory Rudolf był wysyłany pierwszy na wszelkie bankiety i przyjęcia.