Wymowna cisza ze strony Atreusa wskazywała na to, że mężczyzna rzeczywiście zastanawiał się nad odpowiedzią na zadane pytanie. Ciemne brwi powędrowały ku górze, jednak nie był to gest świadczący o zaskoczeniu. Pamiętała go przecież z czasów hogwarckich, gdy na szkolnym boisku zbierał owacje dla swoich niezwykłych umiejętności. Elaine nigdy nie była wielką fanką Quidditcha - a wstyd się przyznać, że to przez nieznajomość zasad - ale była jedną z tych, które kibicowały graczom, zwłaszcza tym przystojnym, do których Bulstrode z pewnością się zaliczał.
- To chyba najpraktyczniejszy ze wszystkich przedmiotów - stwierdziła, co w jej ustach miało być pochwałą dla wyboru Atreusa. Cechowały ją wysoki pragmatyzm oraz niechęć wobec tego, co nieprzydatne. Ta zaś spowodowana była nie tyle pogardą dla mnogości wygód, a niejako potrzebą odmawiania sobie tego, co ładne na rzecz tego, co potrzebne. - Czy spodoba mu się którykolwiek z tych przedmiotów? Nie wydaje się być… znawcą sztuki - stwierdziła po chwili krótkiego namysłu, ostrożnie dobierając słowa. Nie znała Oriona tak dobrze, jak Atreus, lecz wnioskując z krótkiej obserwacji, nie byłby on zainteresowany żadnym bibelotem.
Upiła łyk ze swojego kieliszka, a przyjemna gorycz spłynęła bąbelkami wzdłuż przełyku. Alkohol pijała wyłącznie z grzeczności, czasem dla walorów smakowych. Ze względu na krążącą w żyłach krew stan upojenia był jej zupełnie obcy. Po wysłuchaniu słów gospodarza wzniosła kieliszek, wtórując toastowi. Nie umknęło jej stwierdzenie o zebranych na balu ludzi o odmiennych poglądach. Takie spotkania nigdy nie przebiegały w pełni pokojowo, zawsze musiał się znaleźć ktoś, kto da się sprowokować, bądź będzie szukać zaczepki. Słysząc jak Atreus nagle się wycofuje, nie miała czasu, by zgłosić słowo sprzeciwu i prosić by jej jednak nie zostawiał samej w gnieździe pełnym żmij. Toast, brawa, przemykający wokół kelnerzy - w jednej chwili Elaine poczuła się obco i zagubiona. Nie dostrzegając wokół żadnej znajomej twarzy, chciała ruszyć przed siebie, rozejrzeć się, kiedy nagle wpadła na stojącą obok postać, niemal wytrącając jej z ręki kieliszek.
- Oh, Persues, pardon - wymamrotała słowa przeprosin z gładkim francuskim akcentem. Prawdę mówiąc odetchnęła cicho z ulgą, widząc znajomą twarz, a nie jakiegoś możnego sędziego Wizengamotu. Czarodziej był jej znany z kręgów uzdrowicielskich, ceniła sobie jego wiedzę z zakresu magipsychiatrii, nie wspominając o tym, że przed kilkoma laty uratował ją przed falą protestujących charłaków. - Dobrze cię widzieć. Was - dodała od razu, obejmując spojrzeniem także Eunice i Elliota, których to bardziej kojarzyła ze względu na ich popularność, niż znała prywatnie. - Elaine Delacour - przedstawiła się z grzeczności, nie posądzając swego przypadkowo zdobytego towarzystwa o kojarzenie swojego imienia. Mimo iż ze swym nazwiskiem należała do zaszczytnej śmietanki, tuż po zakończeniu Hogwartu i wyprowadzce z rezydencji Prewettów, porzuciła także przepełnione blichtrem przyjęcia.
Tymczasem wychodząca na podwyższenie Brenna Longbottom zwróciła się do wszystkich zebranych, od razu przechodząc do najistotniejszej kwestii, jaka ich tu dziś zgromadziła. Uzdrowicielka wyciągnęła dyskretnie szyję, rozglądając się za Atreusem, który przed momentem gdzieś jej się zgubił, lecz nie widząc go w tym tłumie, zerknęła na powrót na swoich rozmówców.
- Które przedmioty przyciągają waszą uwagę? - zagaiła tonem neutralnej pogawędki, czując że tkwienie w ciszy wyjątkowo boleśnie odznacza się dziś niewygodą, zupełnie jakby zewnętrzna, nienaturalna siła pchała ją do mówienia. W zdenerwowaniu dyskretnie mięła w palcach nóżkę szklanego kieliszka i uniosła nawet kąciki delikatnie muśniętych różem ust - wszystko, byleby wyglądać normalnie.